Lot z Warszawy do Pekinu był opóźniony o 1,5h, czyli w samolocie spędziliśmy 10,5h. Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie, jak samolot zaczął lecieć na zachód, a potem na północ! Następnie dopiero nad Morzem Baltyckim skręciliśmy na wschod.
Po wylądowaniu okrutnie daleko jechaliśmy samolotem po pasie startowym. Chyba z 15-20min. Następnie doświadczyliśmy chaos lotniskowy: automatyczne bramki, które nie działały, więc były obsługiwane manualnie przez ludzi.
Potem paszporty były ponownie sprawdzane przez jakichś oficjeli (poprzez głębokie się im przyglądanie… bo tam żadnej innej akcji nie było). I dalej: kontrola bezpieczeństwa (a jakże, co z tego że to był lot chińskimi liniami z transferem na ich głównym lotnisku?!). Zostaliśmy pozbawienie butelek z wodą i dokładnie obmacani przez ochronę, czy czegoś nielegalnego nie przewozimy. Nie wolno było przewozić, na co wskazywały wszechobecne plakaty, np. jogurtu, szklanej kuli, noży do owoców.
Z planowych 6h do spędzenia na lotnisku wcale nie zostało tak duzo czasu. Ja szukałem powerbaku, bo ten który posiadam nie przeszedłby kontroli bezpieczeństwa na locie wewnętrznym w Chinach. Nie chciałem go spisywać na straty. Tak więc, szukałem powerbanku po całym lotnisku. Większość była droga i z małą pojemnością, ale za to z chińskim certyfikatem – CCC. Udało się, chwilę poleżakowalismy na ławkach i o 10 wzlecieliśmy do Seulu. Ten lot trwał jedyne 2h. I dostaliśmy normalne posiłki!
Po wylądowaniu i odebraniu bagaży próbowaliśmy wypłacić pieniądze z bankomatu. Bez skutku. Tu widziałem, serio, najdziwniejsze bankomaty w moim życiu. Nieintuicyjne, nie po angielsku i niedziałające. Pierwsza porażka. Zrezygnowaliśmy z gotówki chwilowo. Poszliśmy w stronę stacjj metra na lotnisku. Potrzebowaliśmy kupić karty T-money do transportu publicznego. W 7 Eleven udało się, zapłaciłem kartą. Chciałem doładować ją od razu, ale okazało się że doładować można tylko gotówką. Z pozytywnym nastawieniem poszukaliśmy automatów, w których można robić doładowania. Żeby nie było zbyt prosto, maszyny te były praktyczne nieoznaczone żadnym logiem czy nazwą karty. A okazało się, że tych kart jest ileś rodzajów, z różnych konkurujących firm. Jak znaleźliśmy właściwą, okazalo się, że doładowania są tylko… tak – gotówką.
Wróciliśmy do poszukiwań bankomatów. Tym razem, wspólnymi siłami zdołaliśmy wypłacić pieniądze. Po doładowaniu kart na transport publiczny, poszliśmy szukać odpowiedniego metra do naszgeo hotelu. I znowu nie mogło być zbyt prosto. Po pierwsze do naszego miejsca można dotrzeć chyba 3 różnymi trasami. Jak już zdecydowaliśmy się na jedną, to nie mogliśmy dojść do tego, jak tu oznaczane są kierunki lini metra. Np.1 linia może mieć kilka różnych punktów końcowych…
W połowie trasy mieliśmy przesiadkę z metra do naziemnej kolejki. Oczywiście oznaczało to kolejne zagadki do rozwiązania. Otóż tenże kolejka, jednej konkretnej lini, na stacji przesiadkowej z metra, miała.. z 5 peronów (!!!). I znowu wyliczanka, czy pojedziemy w dobrą stronę. Udało się! Do hotelu dotarliśmy ok 15:30, czyli… ok. 26,5h od obudzemia się i niemal bez snu.


Z ciekawostek – w pokoju mamy:
- 2 zestawy do spuszczania się na linie (z okna chyba)
- Latarkę
- Elektroniczną toaletę (jak w Japonii)
- Włącznik światła do łazienki przy drzwiach wejściowych i… przy łóżkach
Potem czekało mnie 8h pracy, którą skończyłem o 0:30 czasu lokalnego, co daje 35h na nogach. Chyba mój życiowy rekord. Ten początek podróży mogliśmy zaplanować lepiej…
W czasie pracy poszliśmy do knajpki obok hotrlu coś zjeść. Ja wziąłem jakiś placek ziemniaczano-serowy.

Potem kilka h pracowaliśmy z kawiarni, a następnie ponownie z hotelu.

Discover more from Piotrkowe Wyprawy
Subscribe to get the latest posts sent to your email.

No to mam nadzieję że teraz się wyśpisz i wypoczniesz nareszcie. Powodzenia