Przemka rozłożyło przeziębienie, więc dzisiaj ruszyłem na zwiedzanie sam. Na początek zamówiłem taksówkę i pojechałem do Świątyni Nieba (Temple of Heaven), która znajduje się na terenie ogromnego parku Tiantan.
Świątynia Nieba to jeden z najważniejszych zabytków Pekinu. Powstała za czasów dynastii Ming, na początku XV wieku, a cesarze przyjeżdżali tu odprawiać ceremonie religijne i modlić się o dobre plony. Najbardziej charakterystycznym budynkiem całego kompleksu jest okrągła Świątynia Modlitwy o Urodzaj, ze swoim niebieskim, trójpoziomowym dachem.
Już na dzień dobry zostałem jednak zirytowany. Najpierw kolejka do kasy i oczywiście znowu paszport, potem kolejka do wejścia do parku. Tłumy ludzi od samego rana, a przecież to dopiero początek dnia. Kiedy w końcu dotarłem do właściwej świątyni, okazało się, że tam również trzeba odstać swoje. Bilet już miałem, ale i tak musiałem czekać przy bramkach.
Na miejscu było jeszcze gorzej. Olbrzymie tłumy, ludzie napierający na siebie i przepychający się, żeby tylko podejść bliżej i zrobić zdjęcie. W takich warunkach trudno spokojnie obejrzeć cokolwiek, a co dopiero nacieszyć się architekturą. Zrobiłem więc kilka zdjęć, obszedłem okrągłą świątynię i zajrzałem do przyległych budynków, ale raczej w ekspresowym tempie. Miałem ochotę jak najszybciej opuścić to miejsce.


Następnie skierowałem się na północ, do kolejnej części kompleksu, gdzie znajduje się Echo Wall, czyli Ściana Echa. To okrągły mur otaczający Pawilon Cesarskiego Sklepienia Nieba, w którym przechowywano tablice używane podczas cesarskich ceremonii. Mur ma specjalną konstrukcję, dzięki której dźwięk może rozchodzić się wzdłuż jego powierzchni. W teorii dwie osoby stojące w odpowiednich miejscach mogą usłyszeć się z dużej odległości, nawet jeśli dzieli je spory kawałek muru. Brzmi ciekawie, ale w praktyce, przy takiej liczbie turystów, trudno było cokolwiek sprawdzić. Obszedłem więc teren, zrobiłem kilka zdjęć i ruszyłem dalej.
Na mapie zauważyłem jeszcze jedną świątynię na terenie parku, więc postanowiłem sprawdzić również ją. Niestety, do samego budynku nie dało się wejść, standardowo, dlatego obejrzałem go tylko z zewnątrz i skierowałem się do wyjścia w stronę metra. Muszę przyznać, że coraz bardziej męczy mnie sposób zwiedzania wielu chińskich atrakcji. Wchodzisz na teren zabytku, podchodzisz do budynku, zaglądasz do środka, gdzie często jest ciemno i niewiele widać, a wokół ciebie przepychają się tysiące ludzi. Trudno spokojnie obejrzeć detale, zrobić zdjęcie czy po prostu zatrzymać się na chwilę. Oczywiście sama architektura jest interesująca, ale cała otoczka skutecznie odbiera mi przyjemność ze zwiedzania. Świątynia Nieba, mimo swojej historycznej rangi, nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jakiego się spodziewałem.
Po wyjściu z parku czekała mnie jeszcze przeprawa metrem. Z dwiema przesiadkami jechałem chyba około godziny, zanim dotarłem do kolejnego celu, czyli Pałacu Letniego (Summer Palace). Tutaj powtórka z rozrywki: kolejka do biletów, paszport, potem kolejka do wejścia. Na szczęście zaraz za bramą czekała atrakcja, którą miałem już wykupioną w ramach biletu łączonego. Była to niewielka uliczka biegnąca nad wodą, z kolorowymi budynkami i tradycyjną chińską architekturą. Można było zejść bliżej wody, pospacerować i obejrzeć wszystko z różnych perspektyw. To akurat bardzo mi się spodobało. Miejsce było urokliwe, kolorowe i miało zupełnie inny klimat niż zatłoczona Świątynia Nieba.

Po obejściu tej części ruszyłem w stronę wzgórza, na którym znajduje się główna część pałacowego kompleksu.
Pałac Letni to rozległy kompleks ogrodowo-pałacowy, którego początki sięgają 1750 roku. Była to letnia rezydencja cesarzy z dynastii Qing, a w późniejszym okresie szczególnie związana z cesarzową wdową Cixi. Cały teren zajmuje około 300 hektarów, z czego mniej więcej trzy czwarte stanowi woda. Najważniejsze elementy to Wzgórze Długowieczności oraz ogromne jezioro Kunming. Są tu pawilony, świątynie, pałace, ogrody, mosty i długie promenady. Kompleks został poważnie zniszczony w XIX wieku, a następnie odbudowany. Dziś jest jednym z najważniejszych zabytków Pekinu i znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO.
Ku mojemu zaskoczeniu, tym razem zwiedzanie zaczęło się całkiem przyjemnie. Podejście pod górę nie było taką tragedią, jakiej się obawiałem, a po drodze można było podziwiać budynki położone na zboczu, wśród skał i drzew. Architektura dobrze komponowała się z otoczeniem, a po wejściu wyżej otworzył się widok na drugą stronę, z rozległym jeziorem Kunming na pierwszym planie.


Najpierw skierowałem się na zachód i zszedłem w dół, a później zacząłem spacer wzdłuż brzegu jeziora w kierunku wschodnim. Po drodze zwiedzałem kolejne atrakcje objęte moim biletem łączonym. Najpierw była główna część pałacowa na wzgórzu, z wejściem po schodach coraz wyżej, aż na samą górę. Później zszedłem i zajrzałem do kolejnej części kompleksu, która miała przypominać ogród, choć w moim odczuciu nie do końca odpowiadała temu, co zwykle rozumiem pod tym pojęciem.



Na koniec zostawiłem sobie muzeum. Niestety, również tutaj nie byłem szczególnie zachwycony. Sporo ludzi, stosunkowo niewiele eksponatów i ekspozycja, która nie wydała mi się zbyt interesująca.
Mimo wszystko Pałac Letni oceniam znacznie lepiej niż Świątynię Nieba. Przede wszystkim ze względu na krajobraz, przestrzeń i połączenie architektury z naturą. Nie wszystkie budynki czy ekspozycje mnie zachwyciły, ale sam spacer wzdłuż jeziora i widoki ze wzgórza były przyjemne.
Po zakończeniu zwiedzania ponownie wsiadłem do metra i pojechałem w okolice naszego mostku przy rzece, niedaleko hotelu. Zajrzałem jeszcze na główną uliczkę turystyczną, żeby kupić kilka drobiazgów. W międzyczasie dołączył do mnie Przemek, który mimo przeziębienia postanowił wyjść na chwilę. Coś zjedliśmy i wróciliśmy do hotelu.

W ciągu dnia dostaliśmy jeszcze informację, że nasz lot powrotny jest opóźniony o dwie godziny. Niby niewiele, ale w naszym przypadku mocno skomplikowało to logistykę. Mieliśmy już kupiony bilet na pociąg z Warszawy, więc trzeba było go przełożyć. Problem w tym, że nie było sensownego połączenia do Krakowa w ciągu kilku godzin od naszego przylotu. W efekcie zamiast wracać do domu około 9:30, prawdopodobnie dotrzemy dopiero około 13:30. Oznacza to kilka dodatkowych godzin spędzonych w Warszawie po całej tej podróży, zupełnie niepotrzebnie.
Wieczorem zabraliśmy się jeszcze za organizację wycieczki na Wielki Chiński Mur. W naszym planie nie mieliśmy dokładnie rozpisane, jak się tam dostać, więc zaczęliśmy szukać najlepszej opcji. Po przejrzeniu różnych możliwości doszedłem do wniosku, że najrozsądniej będzie skorzystać ze zorganizowanej wycieczki, zamiast kombinować z transportem na własną rękę.
Przemek jednak stwierdził, że ze względu na przeziębienie nie da rady jechać. Ostatecznie kupiłem więc bilet tylko dla siebie.
Discover more from Piotrkowe Wyprawy
Subscribe to get the latest posts sent to your email.
Brak komentarzy