10.10 Rzeką Li do Yangshuo

2026 Korea - Tajwan - Chiny By paź 11, 2026 Brak komentarzy

Dzisiaj musieliśmy wstać już o 6:30, bo czekał nas intensywny dzień i rejs do Yangshuo. O 7:00 poszliśmy na śniadanie, a o 7:35 wyszliśmy z walizkami do pobliskiego hotelu, skąd miał odjechać autobus zabierający nas na przystań. Na szczęście wszystko odbyło się punktualnie, więc bez żadnych problemów wsiedliśmy do autobusu o 7:40. Oprócz nas podróżowała jeszcze jedna para obcokrajowców, a całą resztę stanowili Chińczycy.

Już sama podróż na przystań okazała się niezapomnianym doświadczeniem. Pani przewodniczka przez niemal całą godzinę mówiła przez mikrofon tylko po chińsku z niesamowitą głośnością. Słowa wylatywały z jej ust niczym pociski z karabinu maszynowego. Nie było chwili ciszy, więc w końcu założyliśmy słuchawki, ale nawet to nie pomagało. Można powiedzieć, że były to tortury po chińsku.

Po dotarciu na miejsce dostaliśmy bilety na statek i przeszliśmy do poczekalni. Po około 20–30 minutach oczekiwania ruszyliśmy do kontroli bezpieczeństwa, a następnie zaczęliśmy szukać właściwej przystani. Wszystko poszło sprawnie. Mieliśmy przypisane miejsca, więc zaokrętowanie przebiegło w bardzo uporządkowany sposób i wkrótce rozpoczęliśmy rejs.

Wnętrze naszego statku

Płynęliśmy rzeką Li, która słynie z jednych z najbardziej malowniczych krajobrazów w Chinach. Wzdłuż jej brzegów wyrastają charakterystyczne, strzeliste góry wapienne, tworzące niemal surrealistyczną scenerię. Niektóre wyglądają tak, jakby ktoś poustawiał w krajobrazie gigantyczne kamienne wieże. Rzeka jest przy tym zaskakująco płytka, a nasze statki mają zanurzenie zaledwie około 60–80 centymetrów. Kapitanowie muszą więc dobrze manewrować między mieliznami.

Podczas rejsu ponownie nie zabrakło chińskich przemów i opowieści przewodników. Komunikatów po angielsku było niewiele, a te, które się pojawiały, nie zawsze były łatwe do zrozumienia. Szczególnie że część opowieści dotyczyła kształtów poszczególnych gór i tego, co rzekomo przypominają. Trzeba było uruchomić wyobraźnię, żeby dostrzec w skalnych formacjach to, co opisywał przewodnik.

W cenie rejsu mieliśmy chińską herbatę, a także obiad. Niestety dopiero na miejscu okazało się, że posiłek nie jest przygotowany w wersji wegetariańskiej. Wyjadłem więc z niego to, co nie zawierało mięsa, a dodatkowo zamówiłem osobne danie z taro, czyli ze znaną już kolokazją jadalną. Dzięki temu przynajmniej nie musiałem kończyć rejsu głodny.

Cała podróż trwała około czterech godzin. Można było siedzieć w klimatyzowanym wnętrzu na dolnym pokładzie albo wyjść na otwarty dach, skąd rozciągał się znacznie lepszy widok na okolicę. Pogoda dopisywała, słońce świeciło, a temperatura przekraczała 30 stopni, więc na zewnątrz było naprawdę gorąco. Mimo to warto było co jakiś czas wychodzić na górę, żeby podziwiać krajobrazy i robić zdjęcia.


Przy okazji zauważyliśmy kolejną ciekawą rzecz dotyczącą tutejszych zwyczajów. Szczególnie młode dziewczyny potrafią przez dwie czy trzy godziny bez przerwy robić sobie nawzajem zdjęcia. Nie chodzi nawet o kilka fotografii na pamiątkę, ale o całe amatorskie sesje, podczas których zmieniają pozy, ustawienia i ujęcia, a następnie fotografują się niemal bez końca. Obserwujemy to w Chinach na każdym kroku: w restauracjach, przy atrakcjach turystycznych i w miejscach, które uchodzą za szczególnie ładne. Wystarczy kawałek dekoracyjnego tła, ciekawa architektura albo interesujący widok i od razu rozpoczyna się sesja zdjęciowa.

Po dopłynięciu do Yangshuo wzięliśmy taksówkę do naszego hotelu. Po drodze okazało się, że Google Maps niezbyt dokładnie pokazało nam lokalizację niektórych punktów orientacyjnych i w rzeczywistości jesteśmy oddaleni od ścisłego centrum o jakieś półtora kilometra. Niby niewiele, ale wystarczająco dużo, żeby nie chciało nam się za każdym razem pokonywać tego dystansu pieszo.

Sam hotel okazał się jednak naprawdę świetny. Już po wejściu do pokoju automatycznie rozsunęły się zasłony i firanki. Przy toalecie deska sama unosi się do góry, jak tylko ktoś podchodzi. Pokój jest przestronny, czysty, łóżka wygodne, poduszki również. Nadal mamy tu charakterystyczny dla wielu chińskich hoteli układ, w którym umywalka znajduje się poza łazienką, ale przynajmniej toaleta i prysznic mają osobne drzwi.

Na dachu hotelu znajduje się taras widokowy, z którego można podziwiać panoramę okolicy. Dookoła rozciąga się niesamowity krajobraz gór wapiennych, które wyrastają ponad zabudowę miasta. Jest też basen przed hotelem, choć raczej nie będziemy z niego korzystać.

Na dachu hotelu

Ze względu na położenie hotelu postanowiliśmy wypożyczyć skutery elektryczne. Kiedy wychodziliśmy, zauważyliśmy, że tuż przed budynkiem stoją pojazdy wyglądające na przeznaczone do wynajmu. Zapytaliśmy więc przez Google Translate, czy możemy je wypożyczyć. Oczywiście nikt na recepcji nie mówił po angielsku, więc tłumacz ponownie okazał się niezastąpiony. Pani potwierdziła, że skutery są dostępne. Cena wynosiła równowartość około 17–18 złotych za cały dzień, niezależnie od tego, na jak długo je wypożyczymy. Powiedziałem więc, że bierzemy dwa. Zapłaciliśmy przez WeChat, dostaliśmy kluczyki i na tym skończyły się formalności. Żadnego depozytu, sprawdzania paszportów ani skomplikowanych umów. Być może dlatego, że byliśmy gośćmi hotelowymi i nasze dane zostały już wcześniej zweryfikowane. Tak czy inaczej, wszystko załatwiliśmy dosłownie w kilka minut.

Najpierw pojechaliśmy do centrum na szybką kawę, kanapkę i ciastko, a później ruszyliśmy w trasę, którą wcześniej zaproponował nam ChatGPT. Nie analizowaliśmy jej specjalnie dokładnie. Wybraliśmy jeden punkt orientacyjny i ruszyliśmy przed siebie.

I właśnie wtedy zaczęła się najlepsza część dnia. Okolica Yangshuo jest absolutnie niesamowita. Jedzie się zwykłą drogą, a po obu stronach co chwilę wyrastają wapienne góry o stromych zboczach i niemal pionowych ścianach. Nie są to łagodne wzgórza, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni w Europie, ale samotne, strzeliste formacje, które sprawiają wrażenie, jakby ktoś rozsypał po całej dolinie gigantyczne kamienne wieże. Wiele z nich wygląda na około 100–200 metrów wysokości, choć trudno to ocenić bez punktu odniesienia, a poszczególne szczyty mają oczywiście różne rozmiary.

Pojechaliśmy w stronę jednego z mostów, który miał być naszym punktem orientacyjnym. Kiedy dotarliśmy na miejsce, zobaczyliśmy spory tłum ludzi, więc uznaliśmy, że musi być jakiś powód, dla którego wszyscy właśnie tutaj się zatrzymali. I rzeczywiście, trafiliśmy idealnie na zachód słońca. Ludzie ustawiali się przy rzece i obserwowali, jak słońce powoli chowa się za górami. Światło padało na wapienne szczyty, a krajobraz nabierał zupełnie innych kolorów. Był to jeden z tych momentów, kiedy człowiek przestaje myśleć o planie zwiedzania i po prostu stoi, patrzy i cieszy się widokiem. Przy okazji mogliśmy obserwować jeszcze jeden ciekawy spektakl. Na rzece pływały tratwy przewożące turystów, które po zakończeniu kursów były wciągane na brzeg za pomocą specjalnych maszyn. Cała operacja odbywała się na oczach zgromadzonych ludzi i była dla nas równie interesująca jak sam zachód słońca.

Później ruszyliśmy dalej skuterami, w stronę kolejnej atrakcji turystycznej. Szczerze mówiąc, nawet nie do końca wiedzieliśmy, co to za miejsce. Wyglądało na teren z dużymi drzewami, a naprzeciwko znajdowała się świątynia. Niestety oba miejsca były już zamknięte, więc nie pozostało nam nic innego, jak kontynuować naszą pętlę i wracać w stronę hotelu.

Pyszny kokos

Zrobiło się już praktycznie ciemno, ale krajobraz nadal robił wrażenie. Nawet po zmroku po obu stronach drogi wznosiły się te charakterystyczne wapienne góry, widoczne na tle nieba. Sam przejazd przez okolicę był atrakcją samą w sobie i chyba właśnie dlatego wynajęcie skuterów okazało się tak dobrym pomysłem.

Po powrocie do hotelu wykąpaliśmy się i ponownie ruszyliśmy do centrum, tym razem żeby coś zjeść i zobaczyć, jak wygląda nocne życie w Yangshuo. Największy ruch koncentruje się wokół West Street, czyli jednej z najbardziej znanych ulic miasta. Jej nazwa bywa tłumaczona jako „Ulica Obcokrajowców”, co sugeruje, że powinniśmy spotkać tu mnóstwo turystów z zagranicy. W rzeczywistości stanowili oni zdecydowaną mniejszość. Na moje oko było ich najwyżej kilka procent. Zdecydowanie dominowali Chińczycy.

Ulica jest pełna sklepików, straganów, restauracji i barów, a między nimi przewijają się tłumy ludzi. Wróciliśmy do znanych nam już stoisk z jedzeniem, ale oczywiście znaleźliśmy też kilka nowych rzeczy do spróbowania. Tym razem skusiłem się na zawijanego naleśnika z durianem i serem. Durian to ten słynny owoc o intensywnym, dla wielu osób wręcz odpychającym zapachu. Smak jest jednak ciekawy, a połączenie go z serem tworzy dość nietypową przekąskę. Do tego świeżo wyciskany sok pomarańczowy, a później jeszcze chiński deser, prawdopodobnie na bazie tofu. Kolejne kulinarne eksperymenty zaliczone.

Naleśniki z durianem
Chiński deserek

Jedzenie w Chinach jest zresztą osobną przygodą. Wiele dań ma nazwy, których nie sposób sensownie przetłumaczyć, ponieważ zawierają składniki i produkty, których wcześniej nawet nie widzieliśmy. Czasami można się domyślić, co znajduje się w potrawie, patrząc na zdjęcie, ale nie zawsze. Do tego bardzo dużo rzeczy jest smażonych. Przy mojej diecie wegetariańskiej wyzwanie jest jeszcze większe.

Po jedzeniu zaczęliśmy zaglądać do lokalnych barów, żeby zobaczyć, jak Chińczycy spędzają wieczory. I tutaj kolejna niespodzianka, bo życie nocne wygląda zupełnie inaczej niż w Europie. Są kluby z DJ-em, głośną muzyką i efektami świetlnymi, ale ludzie siedzą przy stolikach, rozmawiają, piją i obserwują to, co dzieje się wokół. Niby klub jak u nas, tylko że nikt nie tańczy. Przynajmniej podczas naszych obserwacji. Można się zastanawiać, po co w takim razie aż tak głośna muzyka, skoro wszyscy siedzą i próbują przekrzyczeć dźwięki dobiegające z głośników.

Dużo jest również barów z muzyką na żywo. Zespoły grają i śpiewają, często chińskie piosenki, tworząc dość specyficzny klimat. Z wykonaniem bywa różnie i niektórym wokalistom przydałoby się jeszcze trochę pracy nad czystością głosu. Ale publiczność najwyraźniej dobrze się bawi, więc może właśnie o to chodzi.

Zwróciliśmy też uwagę na dość nietypowe cenniki. W niektórych barach trudno było znaleźć cenę za jedno piwo, ponieważ w menu widniały przede wszystkim zestawy po sześć lub osiem sztuk. Wygląda na to, że zamawianie całych pakietów jest tutaj czymś zupełnie normalnym. Jeśli ktoś wpada ze znajomymi, najwyraźniej nie ma sensu rozdrabniać się na pojedyncze butelki.

Podczas całego dnia zauważyliśmy jeszcze kilka rzeczy, które coraz częściej rzucają nam się w oczy w Chinach. Jedną z nich jest sposób ubierania się. Pomimo temperatury sięgającej około 30 stopni wiele osób, szczególnie mężczyzn, chodzi w długich spodniach. Dla nas jest to trochę niezrozumiałe, bo przy takiej pogodzie najchętniej założylibyśmy coś możliwie lekkiego. Najwyraźniej jednak tutejsze zwyczaje i podejście do ubioru są inne.

Yangshuo zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie!


Discover more from Piotrkowe Wyprawy

Subscribe to get the latest posts sent to your email.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *