Dzień zaczęliśmy standardowo, czyli pobudką o ósmej i zejściem na śniadanie. Tutaj czekało nas niestety rozczarowanie. Śniadanie było raczej ubogie i mocno azjatyckie. Zresztą, jak to już ostatnio często bywa, byliśmy chyba jedynymi białymi osobami na sali, otoczeni przez samych Chińczyków. Coś tam zjedliśmy…
Po posiłku dopakowaliśmy walizki, ale zanim ruszyliśmy w dalszą drogę, postanowiliśmy jeszcze wykorzystać ostatnie półtorej godziny w Yangshuo. Wypożyczyliśmy skutery i tym razem ruszyliśmy w nieco innym kierunku niż poprzedniego dnia. Trasa obejmowała kilka punktów orientacyjnych, które miały nas przeprowadzić przez kolejne fragmenty okolicy. I trzeba przyznać, że tutejsze krajobrazy wciąż robią na nas ogromne wrażenie. Te charakterystyczne, wapienne góry wyrastają dosłownie z każdej strony, tworząc surrealistyczną scenerię. Co rusz wyłaniały się kolejne szczyty, dookoła wielkie pola ryżowe. Po drodze trafiliśmy również na kilka punktów widokowych, z których można było podziwiać rzekę i otaczającą ją zieleń.


Na ostatnim przystanku zatrzymaliśmy się na kawę. Trafiliśmy do czegoś w rodzaju parku rolniczego, w pobliżu którego znajdował się niewielki, podobno znany mostek. Nie zagłębialiśmy się jednak szczególnie w historię tego miejsca, bo czas zaczynał nas już gonić. Wypiliśmy kawę, nacieszyliśmy się jeszcze przez chwilę widokami i ruszyliśmy z powrotem do hotelu. Po drodze zrobiliśmy niewielkie zakupy na dalszą podróż. Nie wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać na stacji kolejowej, która znajdowała się jakieś trzydzieści kilometrów poza miastem, więc woleliśmy zaopatrzyć się w coś do jedzenia i picia na wszelki wypadek. Potem szybkie domknięcie walizek, zamówienie taksówki i w drogę.
Za około 40 złotych przejechaliśmy trzydzieści kilometrów do stacji kolejowej. Już sam dojazd dawał do zrozumienia, że nie jest to typowy dworzec w centrum miasta. Wokół właściwie nie było niczego poza samą stacją, która okazała się jednak całkiem duża. Na miejscu znaleźliśmy jedną restaurację, przypominającą trochę chiński odpowiednik McDonald’s, więc postanowiliśmy zjeść tam coś konkretniejszego przed podróżą. Wybór padł na burgery. Obok działał też całkiem nieźle zaopatrzony sklep, dzięki czemu mogliśmy dokupić jeszcze kilka rzeczy na drogę. Sama kontrola bezpieczeństwa przebiegła zaskakująco sprawnie. Prześwietlenie bagaży, sprawdzenie paszportów i właściwie byliśmy już po wszystkim.
Pierwszy pociąg był krótki, bo jechaliśmy nim zaledwie 26 minut do Guilin. To miasto znaliśmy już z wcześniejszego etapu naszej podróży, choć tym razem dotarliśmy na inną stację — Guilin North, podczas gdy wcześniej korzystaliśmy z Guilin West. Tam czekała nas przesiadka na najdłuższy przejazd kolejowy całego naszego pobytu w Chinach. Przed nami było sześć godzin w pociągu do Fenghuang. Na przesiadkę mieliśmy około godziny zapasu. Bez większych problemów przeszliśmy do strefy transferowej, gdzie oczywiście ponownie sprawdzono nam paszporty. Potem kolejna kontrola przy bramkach prowadzących na peron i mogliśmy już spokojnie czekać na odjazd. Zaczynamy się powoli przyzwyczajać do tych procedur, więc tym razem wszystko poszło całkiem gładko.
Sześciogodzinna podróż minęła i o 21:02, zgodnie z rozkładem, dotarliśmy do Fenghuang. Na dworcu czekał na nas kierowca z naszego hotelu. Trzymał w ręku telefon ze zdjęciem naszej dwójki. Wcześniej ktoś z obsługi hotelu poprosił nas o przesłanie fotografii, żeby kierowca mógł nas rozpoznać. I tak właśnie wyglądało nasze powitanie: facet patrzył na zdjęcie w komórce, potem na kolejnych wysiadających pasażerów i próbował dopasować twarze do fotografii. Całkiem oryginalny sposób na odbiór gości.
Po około piętnastu minutach jazdy dotarliśmy do hotelu. Pokój okazał się przestronny i pod względem standardu bardzo podobny do tych, w których spaliśmy podczas ostatnich dwóch noclegów. Znowu mieliśmy osobno prysznic i toaletę, a umywalka znajdowała się na zewnątrz. Poza tym wszystko było w porządku, więc zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy na pierwszy spacer po okolicy.


Fenghuang, czyli „Miasto Feniksa”, to historyczne miasteczko w chińskiej prowincji Hunan, słynące z tradycyjnej drewnianej zabudowy i domów na palach nad rzeką Tuojiang. Ma ok. 300 lat. Miasteczko słynie przede wszystkim ze swojego nocnego oblicza. Historyczna zabudowa, rzeka, kamienne mosty i drewniane budynki oświetlone setkami lampionów tworzą naprawdę spektakularny widok. I trzeba przyznać, że pod względem wizualnym miasto potrafi zachwycić. Gdy ruszyliśmy wzdłuż rzeki, przechodząc z jednego brzegu na drugi przez kolejne mostki, co chwilę trafialiśmy na miejsca, które wyglądały jak gotowe pocztówki. Odbicia świateł w wodzie, podświetlone fasady budynków i cała ta tradycyjna architektura robią po zmroku ogromne wrażenie.

Zaczęliśmy od małej przekąski na jednym z food courtów, gdzie zgromadziło się mnóstwo stoisk z różnego rodzaju jedzeniem. Potem ruszyliśmy dalej, żeby obejrzeć miasto i jego najbardziej charakterystyczne zakątki.


Niestety, szybko okazało się, że Fenghuang ma też drugą stronę, która zdecydowanie mniej przypadła mi do gustu. O ile samo miasto jest pięknie oświetlone, o tyle atmosfera panująca na ulicach była przytłaczająca. W niemal każdej restauracji, barze były zespoły grające i śpiewające głośną chińską muzykę. Problem w tym, że każdy gra swoje, często dość fałszując, a dźwięki z kolejnych lokali nakładają się na siebie. W rezultacie zamiast przyjemnego spaceru w klimatycznym, historycznym mieście dostajemy kakofonię, która dociera do nas ze wszystkich stron. Trudno w takich warunkach po prostu usiąść, posłuchać szumu rzeki i nacieszyć się otoczeniem.

Do tego dochodzi jeszcze moda na tradycyjne stroje. Mnóstwo chińskich dziewczyn przebiera się w historyczne kreacje i urządza sobie sesje zdjęciowe. Niektóre robią zdjęcia telefonami, inne korzystają z pomocy fotografów i profesjonalnego sprzętu. Na każdym kroku trafia się na kolejne osoby pozujące do zdjęć, poprawiające stroje albo czekające na swoją kolej. Po drodze trafiliśmy nawet na głośny klub z DJ-em, w którym ludzie siedzieli przy stolikach, ale trudno byłoby tam normalnie porozmawiać.

Na koniec spaceru, wracając już w stronę hotelu, zaczepiła nas kobieta oferująca masaż. Po całym dniu podróży, kilku godzinach spędzonych w pociągach i wieczornym spacerze uznaliśmy, że to może być całkiem dobry pomysł. Trochę ponegocjowaliśmy cenę i ostatecznie zdecydowaliśmy się skorzystać z oferty. Do hotelu wróciliśmy dopiero po północy.

Fenghuang z pewnością mógłby zachwycać, ale to co.współczesni Chińczycy z nim zrobili zupełnie do mnie nie przemawia.
Discover more from Piotrkowe Wyprawy
Subscribe to get the latest posts sent to your email.


Brak komentarzy