9.10 Z Hongkongu do Guilin – „Chiny właściwe”

2026 Korea - Tajwan - Chiny By paź 10, 2026 Brak komentarzy

Wstaliśmy o ósmej, dopakowaliśmy walizki i poszliśmy do znanej mi już kawiarni Cafe Bonita, w której poprzedniego dnia odkryłem śniadanie w formie bufetu. Tym razem Przemek postanowił do mnie dołączyć, więc mogliśmy wspólnie rozpocząć dzień od porządnego śniadania. Po jedzeniu wróciliśmy do naszego noclegu po bagaże i przed dziesiątą ruszyliśmy w stronę dworca. Według mapy mieliśmy do przejścia około kilometra.

Samo dotarcie na dworzec okazało się jednak małą wyprawą. Po drodze musieliśmy pokonywać kolejne wiadukty, przejścia, schody i podziemia. W Hongkongu nawet przejście kilometra z bagażem potrafi zamienić się w niezły tor przeszkód. Ostatecznie dotarliśmy na stację Hong Kong West Kowloon, skąd mieliśmy odjechać pociągiem do Guilin. Byliśmy na dworcu godzinę przed odjazdem i wydawało nam się, że mamy spory zapas czasu. Szybko okazało się jednak, że ta godzina wcale nie była przesadą.

Dworzec kolejowy

Procedura przed wejściem do pociągu przypominała odprawę na lotnisku, a właściwie serię odpraw. Najpierw sprawdzono nam paszporty, potem musieliśmy prześwietlić bagaże. Następnie przyszła kolej na wypełnienie formularza imigracyjnego, ponownie kontrolę paszportową i pobranie odcisków palców. Po tym wszystkim czekało nas kolejne prześwietlanie bagażu, a na koniec, żeby tradycji stało się zadość, jeszcze jedna kontrola paszportowa. Co ciekawe, na żadnym etapie nie sprawdzono nam biletów.

Kiedy w końcu przeszliśmy wszystkie kontrole, okazało się, że na perony i tak nie można wejść od razu. Bramki otwierają dopiero 15 minut przed odjazdem, a zamykają pięć minut przed nim. Pasażerowie mają więc dokładnie 10 minut na przejście przez bramki na peron. Całkiem niezła organizacja, choć przy takiej liczbie kontroli lepiej nie przychodzić na ostatnią chwilę. Nasza godzina zapasu okazała się w sam raz.


Sam pociąg nie wyróżniał się niczym szczególnym. W rzędzie było pięć foteli: trzy po jednej stronie przejścia i dwa po drugiej. W środku czysto i całkiem standardowo, bez żadnych spektakularnych udogodnień. Zauważyliśmy też, że konduktorzy nie sprawdzają biletów tak, jak jesteśmy do tego przyzwyczajeni w Europie. Wyglądało raczej na to, że pilnują, czy pasażerowie zajmują właściwe miejsca, ale nie mam pewności, jak dokładnie wygląda ich procedura.

Wi-Fi było, ale praktycznie nie działało. A akurat mieliśmy kilka rzeczy do załatwienia przez internet, między innymi zakup kolejnych biletów i kwestie związane z noclegami. Na szczęście udało się wszystko ogarnąć przy pomocy telefonów, choć nie bez kombinowania.

Przed nami było około trzech godzin jazdy. Trasa liczyła mniej więcej 650 kilometrów, jeśli mierzyć ją odległością drogową, a więc całkiem sporo. Pociąg mknął przez południowe Chiny, mijając między innymi ogromne Shenzhen i Kanton. Po drodze za oknami pojawiały się również pola ryżowe, stawy i rozległe, podmokłe tereny, zupełnie inne od miejskiego krajobrazu, który zostawiliśmy za sobą. Na wyświetlaczu prędkości można było zobaczyć wartości przekraczające 300 km/h, a momentami nawet około 320 km/h.

Charakterystyczne krajobrazy okolic Guilin widziane z okna pociągu

Po mniej więcej trzech godzinach dotarliśmy do Guilin. Wysiedliśmy sprawnie, opuściliśmy dworzec i stanęliśmy przed kolejnym wyzwaniem, które w Chinach powoli staje się codziennością: jak zamówić taksówkę. Tutaj odpowiednikiem Ubera jest Didi, czyli aplikacja, którą trzeba skonfigurować, zarejestrować konto, zweryfikować tożsamość, a do tego podpiąć kartę płatniczą. Na szczęście nie musieliśmy długo walczyć z technologią i szybko złapaliśmy taksówkę, która zawiozła nas do hotelu.

Odkąd wjechaliśmy do Chin kontynentalnych, coraz wyraźniej odczuwamy, jak bardzo różni się tutaj codzienne korzystanie z internetu od tego, do czego przywykliśmy. Google, WhatsApp, Messenger i wiele innych popularnych usług nie działa normalnie bez odpowiednich obejść. Trzeba szukać alternatyw, instalować lokalne aplikacje i kombinować, żeby załatwić nawet najprostsze sprawy.

Nasz hotel okazał się za to naprawdę przyjemnym miejscem. Tym razem trafiliśmy na duży pokój, a lokalizacja była wręcz idealna — tuż przy głównym deptaku handlowym, Zhengyang Pedestrian Street, pełnym stoisk z jedzeniem, sklepików i restauracji. To jedna z najbardziej znanych ulic spacerowych w centrum Guilin, szczególnie ożywiająca się wieczorem.

Sam pokój miał jednak kilka dziwnych rozwiązań architektonicznych. Umywalka znajdowała się w części sypialnej, poza łazienką, natomiast toaleta i prysznic zostały umieszczone w dwóch oddzielnych pomieszczeniach, które miały wspólne drzwi przesuwne. W praktyce oznaczało to, że można było zamknąć toaletę, pozostawiając otwarty prysznic, albo odwrotnie. Przy dwóch osobach dało się więc zachować prywatność, choć wymagało to odrobiny koordynacji. Oryginalne rozwiązanie, trzeba przyznać.

Widok z restauracji na 9 piętrze naszego hotelu

Dodatkowym plusem było bezpłatne robienie prania dostępne w hotelu. Od razu wrzuciliśmy rzeczy do pralek. Poszliśmy zjeść obiad do restauracji hinduskiej, licząc na sprawdzone smaki i porządny wegetariański posiłek. Niestety, tym razem jedzenie nie zachwyciło.


Po obiedzie ruszyliśmy w stronę najbardziej rozpoznawalnej atrakcji Guilin, czyli Elephant Trunk Hill — Wzgórza Trąby Słonia. To charakterystyczna wapienna skała nad rzeką Li, której kształt przypomina słonia zanurzającego trąbę w wodzie. W skale znajduje się naturalny łuk, przez który przepływa woda, tworząc coś w rodzaju wielkiego kamiennego oczka.

Na miejscu pojawił się jednak problem. Sam wstęp do parku jest bezpłatny, ale trzeba wcześniej uzyskać rezerwację za pomocą lokalnej aplikacji. I oczywiście nie wystarczyło po prostu podejść do wejścia i powiedzieć, że chcemy wejść. Trzeba było mieć działające Alipay albo WeChat. Z Alipay nadal mam problem z zalogowaniem, a WeChat udało mi się uruchomić tylko częściowo. Próbowaliśmy więc odebrać bilety, ale bez powodzenia. Przy okazji kolejny raz przekonaliśmy się, że WeChat w Chinach jest czymś znacznie więcej niż komunikatorem. Służy do rozmów, kontaktu z obsługą hotelu, a także do płacenia praktycznie za wszystko. Wiele osób nie korzysta tutaj na co dzień z kart płatniczych ani gotówki, tylko z płatności mobilnych. W zależności od sposobu płatności skanuje się kod QR sprzedawcy albo pokazuje własny kod, a następnie zatwierdza transakcję w aplikacji. Dla kogoś przyjeżdżającego z Europy to dość osobliwe rozwiązanie, zwłaszcza kiedy okazuje się, że bez sprawnie działającej aplikacji można mieć problem nawet z wejściem do parku.

Zresztą WeChat okazał się przydatny już w hotelu. Po przyjeździe pracownik obsługi przyszedł nam pokazać pokój, wyjaśnił, jak wszystko działa, a na koniec podał nam swój identyfikator WeChat, żebyśmy mogli się z nim kontaktować, gdybyśmy czegoś potrzebowali. Bardzo miła i profesjonalna obsługa, a do tego pan mówił po angielsku, co w Chinach nie zawsze jest oczywiste.

Ostatecznie, skoro sami nie potrafiliśmy przebrnąć przez system rezerwacji, poprosiłem o pomoc Chinkę, która wchodziła do parku z rodziną. Na początku nie była szczególnie przekonana do tego pomysłu, ale w końcu zgodziła się nam pomóc i wyklikała rezerwacje na swoim telefonie. Dzięki temu mogliśmy wreszcie wejść do środka. Czasem w podróży najważniejszym narzędziem okazuje się nie aplikacja ani tłumacz, tylko życzliwy człowiek.


Najpierw poszliśmy zobaczyć słynną „jaskinię”, która w rzeczywistości jest przede wszystkim naturalnym otworem w skale, widocznym również z drugiej strony. Potem zaczęliśmy wspinać się na wzgórze. Idealnie trafiliśmy z porą, bo akurat zbliżał się zachód słońca, który tego dnia wypadał ok. 18:18. Weszliśmy na górę, porobiliśmy zdjęcia i przez chwilę podziwialiśmy okolicę w ciepłym, wieczornym świetle. Sama górka nie jest szczególnie wysoka.


Po zejściu przeszliśmy na drugą stronę rzeki, skąd można najlepiej zobaczyć i sfotografować charakterystyczną skałę. Właśnie z tej perspektywy jej kształt najbardziej przypomina słonia z trąbą zanurzoną w wodzie. To ten widok, który pojawia się na pocztówkach i w folderach turystycznych, więc oczywiście nie mogło zabraknąć własnych zdjęć.


Przeszliśmy się jeszcze po pobliskiej wysepce, ale szybko zrobiło się ciemno, więc ruszyliśmy dalej w stronę centrum. Po drodze zahaczyliśmy o jezioro Shan, na którym stoją dwie słynne pagody — Złota i Srebrna, znane jako Sun and Moon Twin Pagodas, czyli Pagody Słońca i Księżyca. Po zmroku były oświetlone i prezentowały się naprawdę zjawiskowo. Ich światła odbijały się w wodzie, a cała okolica wyglądała zupełnie inaczej niż za dnia. Zrobiliśmy mnóstwo zdjęć.

Złota i srebrna pogoda

W końcu wróciliśmy do hotelu, żeby przełożyć pranie z pralki do suszarki. Ogarnęliśmy ubrania, wykąpaliśmy się i jeszcze przez chwilę próbowaliśmy doprowadzić do porządku naszego VPN-a.

W końcu wyszliśmy ponownie na miasto, żeby jeszcze coś przekąsić ze stoisk przy naszym deptaku. Na początek wzięliśmy placek z taro, czyli kolokazji jadalnej, która w kuchni azjatyckiej jest wykorzystywana na wiele sposobów. Do tego zamówiliśmy sok z kaktusa. Na stoisku leżały całkiem zwyczajnie wyglądające liście kaktusa, z których przygotowywano napój. Smak był dość dziwny i trudny do jednoznacznego opisania.


Na koniec skusiłem się jeszcze na lokalny deser, który wyglądał trochę jak grzybek. Był przygotowywany na parze.


Po jedzeniu poszliśmy jeszcze kawałek w stronę rzeki Li. I właśnie wtedy natknęliśmy się na kolejną ciekawą budowlę, która z daleka wyglądała trochę jak zamek, a trochę jak ogromna pagoda. Była to wieża Xiaoyao. To charakterystyczna budowla nawiązująca do tradycyjnej chińskiej architektury, stojąca w pobliżu rzeki i odtworzona w historycznym stylu. Po zmroku, przy odpowiednim oświetleniu, rzeczywiście wygląda bardzo efektownie.

Przeszliśmy się jeszcze chwilę po okolicy, po czym wróciliśmy do hotelu.

Chiny to mój 80 odwiedzony kraj. Do 197 jeszce trochę brakuje :).


Discover more from Piotrkowe Wyprawy

Subscribe to get the latest posts sent to your email.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *