Dzisiaj pobudka nastąpiła zdecydowanie wcześniej niż zwykle, bo już o 5:10. Mieliśmy wyproszone śniadanie na 5:30, mimo że oficjalnie zaczynało się dopiero o 6:30, więc chwilę po wpół do szóstej spotkaliśmy się całą trójką w miejscu, gdzie było ono podawane. Wbrew pozorom wybór był całkiem niezły, ale nie mieliśmy zbyt wiele czasu, żeby się nim nacieszyć. O 6:05 mieliśmy autobus w stronę Alishan. Na szczęście dworzec znajdował się praktycznie pod naszym hotelem, więc nie musieliśmy się zbyt daleko wybierać. Bilety mieliśmy kupione już wcześniej, więc spokojnie wsiedliśmy do autobusu i ruszyliśmy w góry.
Około 7:50 dotarliśmy do Shizhuo, gdzie wysiedliśmy, aby przejść się trochę po okolicy słynącej z upraw herbaty. Sam pomysł był świetny, ale od razu pojawił się przewidywalny problem – nasze bagaże. Oczywiście, zamiast zostawić je w hotelu w Taipei, zabraliśmy ze sobą wszystkie walizki. Zaczęliśmy więc pytać w małych restauracjach i lokalach, czy ktoś mógłby nam je przechować przez godzinę. Niestety wszyscy odmawiali i niemal wszyscy wskazywali pobliski komisariat policji. Poszliśmy tam, ale policjanci również powiedzieli, że nie mogą przechować naszych rzeczy. Ostatecznie, chyba w ostatnim lokalu, do którego weszliśmy, znaleźliśmy człowieka, który zgodził się przyjąć nasze walizki. Miałem nawet przygotowany tekst po chińsku, że oczywiście możemy zapłacić, ale pan nie chciał od nas żadnych pieniędzy. Zostawiliśmy więc bagaże i ruszyliśmy w górę.



Przez całą tę historię z walizkami straciliśmy jednak sporo czasu i ostatecznie została nam mniej więcej godzina na zobaczenie okolicy. Poszliśmy więc w górę pomiędzy herbacianymi polami. Było naprawdę ładnie – zielone plantacje rozciągały się po zboczach, a dookoła mieliśmy górskie widoki. Po około godzinie trzeba było jednak wracać, bo o 9:40 mieliśmy mieć kolejny autobus, którym mieliśmy dojechać bezpośrednio do Alishan, czyli do końcowego punktu naszej trasy.
Na przystanku byliśmy oczywiście odpowiednio wcześniej, a po jakimś czasie zebrała się całkiem spora grupa ludzi. Minęło dziesięć minut, potem piętnaście, w końcu chyba około dwudziestu, a autobusu nie było. W pewnym momencie pojawił się za to jakiś mały busik wyglądający jak taksówka. Część osób zaczęła do niego wsiadać, więc zapytaliśmy, czy są jeszcze wolne miejsca. Okazało się, że zostały dokładnie trzy. Zapytaliśmy o cenę i wyszło około 200 dolarów tajwańskich od osoby, czyli mniej więcej 24 złote. Niewiele się zastanawiając, wsiedliśmy. Do Alishan dotarliśmy całkiem sprawnie. Kierowca twierdził później, że autobus był pełny i nie zabrałby nas i tak, ale co dokładnie wydarzyło się z naszym pierwotnym autobusem, tego już się nie dowiedzieliśmy.
W Alishan byliśmy około 11:00. Na wejściu trzeba było jeszcze zapłacić za wstęp do parku – około 35 złotych od osoby. Zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy w stronę stacji kolejki. Chcieliśmy wykorzystać jak najlepiej czas, który mieliśmy na zwiedzanie. O 11:00 pojechaliśmy z Alishan Station do Zhaoping Station, a sama przejażdżka trwała zaledwie kilka minut. Bilet kosztował około 12 złotych i była to naprawdę przyjemna atrakcja – mały pociąg wspinał się przez las, naprawdę klimatycznie.
Z Zhaoping Station ruszyliśmy na mniej więcej godzinną pętlę. Najpierw szliśmy wzdłuż torów, a później weszliśmy w las, gdzie zaczęły pojawiać się naprawdę ogromne drzewa. Alishan słynie przede wszystkim z tajwańskich cyprysów, a niektóre z tutejszych drzew liczą sobie setki, a nawet ponad tysiąc lat. Wrażenie robiła przede wszystkim ich wielkość. Po przejściu pętli wróciliśmy w okolice stacji, licząc na to, że uda się tam coś zjeść albo przynajmniej napić się czegoś ciepłego. Niestety wszystkie punkty gastronomiczne byly nieczynne. Temperatura spadła do około 16 stopni, a dodatkowo zaczął padać lekki deszcz. Poszliśmy dalej.



Tym razem wybraliśmy jedną z najbardziej klasycznych tras przez Alishan. Poszliśmy w stronę Sisters’ Ponds, czyli dwóch naturalnych górskich stawów nazywanych Jeziorem Starszej i Młodszej Siostry. Cała okolica jest bardzo spokojna i mocno leśna, a pomiędzy ogromnymi drzewami prowadzą drewniane kładki. Dalej skierowaliśmy się w stronę Shouzhen Temple. To jedna z ważniejszych świątyń na terenie Alishan i faktycznie zrobiła na nas spore wrażenie. Budynek jest dość wysoki, a z górnych poziomów można wyjść na balkon i spojrzeć na okoliczny las.


Trafiliśmy tam również na jakiś lokalny obrzęd. Co jakiś czas rozlegały się bardzo głośne, przypominające petardy wystrzały, a do tego słychać było dzwon oraz coś w rodzaju bębna czy gongu. Nie do końca wiedzieliśmy, co dokładnie się dzieje, ale wyglądało to na element ceremonii religijnej. Shouzhen Temple jest świątynią buddyjską i taoistyczną, a takie rytuały z dźwiękiem, dzwonami i petardami są częścią tradycyjnych ceremonii świątynnych na Tajwanie.



W końcu znaleźliśmy też otwarte punkty gastronomiczne, więc zatrzymaliśmy się na coś ciepłego i obiad. Po jedzeniu ruszyliśmy dalej, tym razem na Giant Trees Plank Trail, czyli trasę prowadzącą przez skupisko ogromnych, starych cyprysów. I tutaj drzewa były jeszcze bardziej imponujące. Drewniana kładka prowadziła nas praktycznie pomiędzy gigantami, których pnie miały po kilka metrów średnicy. Cały system Giant Tree Trail został zbudowany właśnie po to, żeby umożliwić oglądanie tych wiekowych drzew bez niszczenia ich korzeni; trasa przechodzi w sumie obok 36 ogromnych czerwonych cyprysów.




W ten sposób dotarliśmy do Sacred Tree Station, czyli stacji Shenmu. Mogliśmy stamtąd pojechać kolejką z powrotem, ale uznaliśmy, że skoro mamy jeszcze czas, to szkoda byłoby kończyć spacer lub wracać dokładnie tą samą drogą. Postanowiliśmy więc znaleźć inną trasę prowadzącą z powrotem do głównej części Alishan.

Po drodze trafiliśmy między innymi na Ciyun Temple – drugą, bardziej kameralną świątynię w tej części parku. W jej pobliżu znajduje się również Tree Spirit Pagoda, związana z historią wycinki ogromnych drzew w Alishan. Sama okolica jest bardzo klimatyczna i zupełnie inna od bardziej turystycznych fragmentów trasy.


Po drodze minęliśmy również Alishan Museum. Niestety całe muzeum było praktycznie w języku chińskim, więc z naszej trójki chyba nikt nie wyszedł z niego szczególnie mądrzejszy. Można było natomiast zobaczyć trochę informacji dotyczących historii lasów, kolei oraz rozwoju tego regionu. Po drodze mijaliśmy jeszcze między innymi Three Generations Trees, Tree Spirit Pagoda i pozostałości dawnego Sacred Tree, a cała trasa prowadziła przez kolejne fragmenty starego lasu.

W końcu dotarliśmy do drogi, a dalej już drewnianym chodnikiem wzdłuż niej wróciliśmy do głównej miejscowości. Mieliśmy jeszcze sporo czasu do naszego autobusu o 16:40, więc spokojnie pokręciliśmy się po okolicy i w końcu znaleźliśmy miejsce, gdzie mogliśmy ponownie napić się czegoś ciepłego. Po całym dniu chodzenia i przy tej temperaturze była to zdecydowanie dobra decyzja.
O 16:40 wsiedliśmy do naszego autobusu. Bilety mieliśmy kupione wcześniej, więc tym razem nie musieliśmy już martwić się o miejsca. Autobus zawiózł nas bezpośrednio do stacji szybkiej kolei HSR, gdzie mieliśmy jeszcze trochę czasu przed pociągiem – akurat na kolację. O 20:00 wsiedliśmy do HSR w kierunku Taipei i tym razem podróż przebiegła już całkowicie bez niespodzianek. O 21:40 byliśmy z powrotem w Taipei. Nocowaliśmy w tym samym hotelu co poprzednio w Taipei, tuż koło stacji kolejowej.
Discover more from Piotrkowe Wyprawy
Subscribe to get the latest posts sent to your email.

Brak komentarzy