15.10 Terakotowa Armia

2026 Korea - Tajwan - Chiny By paź 16, 2026 Brak komentarzy

Wstaliśmy wyjątkowo późno, bo dopiero o dziewiątej. To efekt tego, że poprzedniego wieczoru poszliśmy spać naprawdę późno. Zeszliśmy na śniadanie, które okazało się całkiem niezłe. Co ciekawe, jak na Chiny było wyjątkowo dużo warzyw, więc tym razem udało nam się znaleźć więcej sensownych rzeczy do zjedzenia. Oczywiście wszystko nadal utrzymane było w chińskim stylu, ale można było się najeść.

Po śniadaniu podeszliśmy do recepcji i czekała tam na nas miła niespodzianka. Pani miała już przygotowany tekst dotyczący naszej klimatyzacji. Hotel wspaniałomyślnie postanowił włączyć ją w naszym pokoju, więc ucieszeni ruszyliśmy w stronę pobliskiego przystanku autobusowego. Chcieliśmy złapać bezpośredni autobus do Terakotowej Armii, znajdującej się ponad 30 kilometrów od centrum Xi’anu.
Na przystanku wszystkie informacje były oczywiście po chińsku. Zanim zdążyliśmy na dobre zabrać się za tłumaczenie, podeszła do nas jakaś pani i poinformowała, że tym autobusem nie pojedziemy. Okazało się, że jest przeznaczony wyłącznie dla Chińczyków, a obcokrajowców nie mogą obsłużyć, ponieważ nie mają odpowiedniego systemu do zebrania naszych danych, na przykład zeskanowania paszportów. Przynajmniej tak zrozumieliśmy jej wyjaśnienia. Kobieta wskazała nam alternatywną trasę, czyli przejazd metrem z jedną przesiadką, a następnie dalszą podróż taksówką lub autobusem.

Nie było wyjścia. Wsiedliśmy do metra i przez mniej więcej godzinę jechaliśmy w kierunku Terakotowej Armii. Po przesiadce zdecydowaliśmy się na taksówkę zamiast czekać na autobus. Na szczęście przejazd z końcowej stacji metra zajął nam już tylko około 15 minut.

Terakotowa Armia to jeden z najsłynniejszych zabytków Chin. Odkryto ją przypadkowo w 1974 roku, kiedy miejscowi rolnicy kopali studnię. To ogromna armia glinianych figur żołnierzy, koni i rydwanów, wykonanych ponad 2200 lat temu na polecenie Qin Shi Huanga, pierwszego cesarza, który zjednoczył Chiny. Figury miały strzec go w życiu pozagrobowym i stanowią część olbrzymiego kompleksu grobowego. Skala całego przedsięwzięcia jest trudna do wyobrażenia, a sam kompleks jest dziś jedną z najważniejszych atrakcji archeologicznych na świecie. Codziennie obiekt ten odwiedza ok. 30 000 osób.

Przy wejściu od razu zaczepiła nas kobieta, która płynnie mówiła po angielsku i oferowała usługi przewodnika. Cena za naszą dwójkę wynosiła około 160 złotych. Po krótkiej konsultacji z ChatGPT uznaliśmy jednak, że damy sobie radę samodzielnie i nie ma potrzeby wydawać dodatkowych pieniędzy. Kupiliśmy bilety i ruszyliśmy w stronę właściwego obiektu. Najpierw czekał nas jeszcze spacer przez park, około 800 metrów, zanim dotarliśmy do hal, w których znajdują się najważniejsze znaleziska.


Pierwsza hala, oznaczona jako Pit 1, czyli ta największa i najbardziej spektakularna, zrobiła na nas największe wrażenie. W środku znajdują się tysiące figur ustawionych w szykach bojowych, a widok całej armii rozciągającej się przed nami jest naprawdę niesamowity. Część żołnierzy zachowała się w stosunkowo dobrym stanie, inne figury trzeba było mozolnie składać z drobnych fragmentów. Prace archeologiczne i rekonstrukcyjne zresztą nadal trwają.


Obeszliśmy całą halę dookoła, zrobiliśmy mnóstwo zdjęć i przyglądaliśmy się twarzom poszczególnych żołnierzy. To chyba jeden z najciekawszych szczegółów tego miejsca: praktycznie każda twarz wygląda inaczej. Nie oznacza to, że każdą figurę wykonano zupełnie od podstaw. Najprawdopodobniej stosowano powtarzalne elementy i podobne podstawy, a następnie różnicowano poszczególnych wojowników przez dodawanie detali, modelowanie twarzy, fryzur i innych cech. Dzięki temu cała armia nie wygląda jak zbiór identycznych kopii. Oprócz kilku rodzajów żołnierzy zobaczyliśmy też konie oraz rydwany, które stanowiły część wojskowych formacji.


Po obejrzeniu głównej hali przeszliśmy do drugiej, a następnie trzeciej. Obie są znacznie mniejsze, ale pozwalają lepiej zrozumieć, jak zorganizowana była armia cesarza. W drugiej hali można zobaczyć bardziej zróżnicowane formacje, między innymi łuczników, kawalerię i oddziały rydwanów. To właśnie tutaj można przyjrzeć się różnym typom wojowników i wyposażenia, a także słynnemu klęczącemu łucznikowi. Trzecia hala jest najmniejsza i uważa się ją za coś w rodzaju stanowiska dowodzenia całej podziemnej armii. Układ figur, obecność oficerów i rydwanu sugerują, że mogło to być miejsce związane z dowodzeniem i planowaniem działań wojskowych.

W trakcie zwiedzania zaczepił mnie jeszcze sprzedawca pamiątek. Zaproponował figurki za 150 juanów. Dla porównania w oficjalnym sklepie na terenie obiektu podobne pamiątki kosztowały chyba około 300 juanów, więc oferta wydawała się wyjątkowo atrakcyjna. Oczywiście nie mogłem sobie odmówić negocjacji i z dumą zbiłem cenę do 100 juanów. Dopiero kiedy wychodziliśmy z całego kompleksu, okazało się, jak bardzo dałem się podejść. Przed wyjściem ciągnęło się całe zagłębie sklepików z pamiątkami, jedzeniem i różnymi drobiazgami. I co się okazało? Dokładnie te same figurki były dostępne za 50 juanów jako cena wyjściowa! Co więcej, wystarczyło zacząć odchodzić od stoiska, żeby cena spadała o kolejne 10 juanów. Ostatecznie sprzedawcy schodzili nawet do 20 juanów. Moja dusza negocjatora mocno ucierpiała na tej transakcji. Niby kupiłem pamiątki za równowartość około 60 złotych i nadal nie była to jakaś ogromna kwota, ale świadomość, że zachowałem się jak amator-negocjator bolała;).

Na zwiedzaniu spędziliśmy grubo ponad trzy godziny. To zdecydowanie miejsce warte zobaczenia, nawet jeśli nie jest się wielkim pasjonatem historii. Sama skala przedsięwzięcia, wiek znalezisk i świadomość, że ogląda się fragment ogromnego kompleksu grobowego sprzed ponad dwóch tysięcy lat, robią swoje.

Ruszyliśmy w drogę powrotną. Oczywiście dokładnie tą samą trasą: najpierw taksówka, potem metro i przesiadka. Po powrocie do centrum Xi’anu skierowaliśmy się właściwie od razu metrem w stronę Wielkiej Pagody Dzikiej Gęsi. To jedna z najbardziej rozpoznawalnych budowli miasta, wzniesiona pierwotnie w VII wieku za czasów dynastii Tang. Świątynny kompleks i sama pagoda są związane z buddyzmem oraz historią mnicha Xuanzanga, który przywiózł z Indii buddyjskie teksty i zajmował się ich tłumaczeniem na język chiński. Budowla przez stulecia była wielokrotnie przebudowywana, ale do dziś pozostaje jednym z najważniejszych symboli Xi’anu.

Wielka Pagoda Dzikiej Gęsi

Niestety, kiedy dotarliśmy na miejsce, pagoda była już zamknięta. Pozostało nam więc zrobić kilka zdjęć z zewnątrz. Na szczęście okolica miała nam jeszcze sporo do zaoferowania. Znajduje się tu bowiem Datang Everbright City, co można przetłumaczyć jako Wielkie Miasto Tang, Które Nigdy Nie Zasypia. To długa promenada dla pieszych, zaprojektowana w stylu nawiązującym do epoki dynastii Tang, która rządziła Chinami w latach 618–907. Miejsce robi wrażenie właśnie wieczorem. Kiedy zapada zmrok, budynki rozświetlają się setkami świateł, a cała okolica ma przypominać dawne cesarskie Chiny. Oczywiście nie są to autentyczne zabytkowe budowle, tylko współczesna przestrzeń handlowo-rozrywkowa stylizowana na historyczną architekturę. Są tu restauracje, stoiska z jedzeniem, sklepy, pomniki przedstawiające postacie historyczne, a także sceny, na których odbywają się występy artystyczne. Można trafić na tradycyjne tańce, muzykę i różnego rodzaju widowiska. Sporo osób spaceruje w tradycyjnych strojach hanfu, aby robić wszechobecne tu sesje zdjęciowe. I cały czas śmierdzi papierosami…

Datang Everbright City

Było już po osiemnastej, słońce zaszło, a my spacerowaliśmy wśród tłumów Chińczyków korzystających z wieczornych atrakcji. W pewnym momencie postanowiliśmy jednak ruszyć do kolejnego punktu, który miałem zaznaczony na mapie. Zamówiliśmy taksówkę, samochód podjechał, wsiedliśmy, a kierowca zaczął dość podniesionym głosem coś nam tłumaczyć. Przy pomocy Google Translate’a zrozumieliśmy, że miejsce, do którego chcemy jechać, znajduje się bardzo blisko i nie ma sensu korzystać z taksówki. Moja mapa pokazywała ponad kilometr, więc początkowo nie do końca rozumiałem, o co mu chodzi. Ostatecznie wysiedliśmy i ruszyliśmy pieszo. Dopiero na miejscu okazało się, że mapa rzeczywiście trochę nas zmyliła, a punkt, do którego chcieliśmy dotrzeć, znajdował się w zasadzie w tej samej okolicy, którą właśnie zwiedziliśmy. Cała wyprawa taksówką nie miała więc większego sensu.

Wróciliśmy w stronę centrum, ale zanim skierowaliśmy się do hotelu, postanowiliśmy jeszcze zajrzeć pod słynną Dzwonnicę, czyli Bell Tower, i przejść się po okolicznych sklepach. Weszliśmy do galerii handlowej, ponieważ szukałem dużej walizki, którą mógłbym zabrać na dalszą część podróży. Spodziewałem się, że w Chinach bez problemu znajdę coś sensownego w rozsądnej cenie, ale akurat trafiliśmy do galerii z bardzo drogimi markami. Spodnie kosztujące równowartość tysiąca złotych czy buty za dwa tysiące złotych skutecznie ostudziły nasz zapał. Zamiast tanich chińskich produktów mieliśmy przed sobą luksusowe sklepy, więc szybko opuściliśmy to miejsce i postanowiliśmy poszukać walizki gdzie indziej.

Na kolację udaliśmy się do dzielnicy muzułmańskiej, na słynną ulicę Beiyuanmen, gdzie znajduje się mnóstwo stoisk z jedzeniem ulicznym. To jedno z najbardziej znanych miejsc gastronomicznych w Xi’anie, pełne straganów, małych restauracji i sprzedawców przygotowujących jedzenie na oczach klientów. Można tu spróbować lokalnych specjałów kuchni Shaanxi, a wpływy muzułmańskie są widoczne zarówno w potrawach, jak i w charakterze całej okolicy. Ponownie próbowaliśmy znaleźć coś, co przypadnie nam do gustu, ale niestety tym razem kulinarnie nie było najlepiej. Kolejne próby kończyły się raczej rozczarowaniem niż zachwytem. Chyba nadal nie do końca potrafimy odnaleźć się w chińskiej kuchni ulicznej, szczególnie kiedy trudno nam rozpoznać składniki i przewidzieć, jak coś będzie smakować.

Po jedzeniu ruszyliśmy w stronę hotelu, przechodząc przez kolejne targowisko i mijając po drodze Wieżę Bębna, czyli Drum Tower, a następnie Dzwonnicę, którą oglądaliśmy już wcześniej. Obie budowle należą do najbardziej charakterystycznych zabytków Xi’anu i znajdują się w samym sercu miasta. Wieczorem, podświetlone na tle ciemnego nieba, prezentują się naprawdę efektownie.

Bell Tower (dzwonnica)

Do hotelu wróciliśmy już mocno zmęczeni całym dniem. Na szczęście czekała na nas jeszcze jedna dobra wiadomość: klimatyzacja zaczęła działać, przynajmniej częściowo. Byliśmy tym wręcz niebiebowzięci, bo po całym dniu zwiedzania perspektywa spędzenia nocy w chłodniejszym pokoju była naprawdę kusząca. Nie mieliśmy już siły na nic więcej, więc poszliśmy spać.


Discover more from Piotrkowe Wyprawy

Subscribe to get the latest posts sent to your email.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *