Przemka trzyma przeziębienie, więc tego dnia zwiedzałem sam. Wykupiłem wcześniej zorganizowaną wycieczkę na Wielki Mur Chiński, dlatego po śniadaniu ruszyłem na metro. Podjechałem 4 stacje do punktu zbiórki, gdzie sprawdzano nazwiska uczestników i dzielono nas na grupy według języka przewodnika: angielskiego, hiszpańskiego i rosyjskiego. Następnie zaprowadzono nas do autobusu i mogliśmy ruszyć w drogę.
Celem naszej wycieczki był odcinek Wielkiego Muru w Mutianyu. To jedno z najpopularniejszych miejsc, w których można podziwiać tę imponującą budowlę. Podobno jego popularność znacząco wzrosła po wizycie Billa Clintona z żoną Hillary podczas ich pobytu w Chinach w 1998 roku. Wcześniej nie był aż tak znany wśród turystów zagranicznych. Podróż zajęła nam około dwóch godzin. Ruch był spory, a na drodze tworzyły się korki. Przewodnik wyjaśnił, że poniedziałek to dzień, w którym Zakazane Miasto jest zamknięte, więc część turystów wybiera się wówczas na Wielki Mur.
Po dotarciu na miejsce zostaliśmy zaprowadzeni do bazy organizatora, gdzie można było odpocząć, napić się herbaty i coś zjeść. Miałem wykupiony również obiad w formie bufetu, więc postanowiłem posilić się jeszcze przed właściwym zwiedzaniem. Wybór potraw był naprawdę duży, a jedzenie wyjątkowo smaczne. Co ważne, nie zabrakło również dań wegetariańskich. Pod tym względem byłem bardzo zadowolony.
Po obiedzie przyszedł czas na główną atrakcję. Najpierw musiałem wsiąść do niewielkiego autobusu wahadłowego, który w ciągu około dziesięciu minut dowiózł nas do kolejnego punktu. Tam mieliśmy do wyboru dwie trasy zwiedzania muru: wschodnią i zachodnią. Na obie można było wjechać kolejką linową, ale trasa wschodnia oferowała dodatkowo możliwość zjazdu specjalnymi saneczkami po torze grawitacyjnym, czyli tak zwany zjazd toboganem. Brzmiało to ciekawiej, dlatego zdecydowałem się właśnie na tę opcję.
Z perspektywy czasu nie był to chyba najlepszy wybór. Do zachodniej części można było wjechać kolejką linową z zamkniętymi wagonikami, natomiast ja trafiłem do długiej kolejki, która ciągnęła się na jakieś 300 metrów. Ludzie posuwali się naprzód bardzo powoli i dopiero po około półtorej godziny dotarłem do wyciągu. Na miejscu okazało się, że jest to dość archaiczna konstrukcja: wolny wyciąg krzesełkowy z dwuosobowymi krzesełkami. Do tego co chwilę jechała tylko 1 osoba, bo nikt nie pilnował tego. Przepustowość była naprawdę fatalna… W efekcie oczekiwanie ciągnęło się w nieskończoność. Było to dla mnie kolejne rozczarowanie. Chiny kojarzą się przecież z ogromną skalą inwestycji i sprawną organizacją, a tutaj przy tak popularnej atrakcji turystycznej trzeba było czekać półtorej godziny tylko po to, żeby wjechać na górę. Sam wjazd trwał zaledwie około dziesięciu minut.

Kiedy w końcu znalazłem się na murze, szybko zapomniałem o części irytacji. Widoki były naprawdę zjawiskowe. Wielki Mur ciągnął się po górskich grzbietach, wijąc się między wzgórzami i znikając gdzieś w oddali. Co chwilę zatrzymywałem się, żeby zrobić zdjęcia.

Wielki Chiński Mur ma ponad 21000km i był budowany od około VII wieku p.n.e. aż do XVII wieku n.e. Jego budowa, rozbudowa i przebudowy trwały więc przez ponad 2000 lat.


Zwiedzanie polegało przede wszystkim na spacerowaniu po murze, przechodzeniu przez kolejne odcinki schodów i pochylni oraz wspinaniu się na wieże strażnicze. Udało mi się zobaczyć chyba pięć takich wież. Niektóre fragmenty trasy były naprawdę wymagające. Schody bywały bardzo strome, a stopnie miały miejscami nawet 30–40 centymetrów wysokości. Nie był to więc zwykły spacer po równym chodniku, tylko pewny wysiłek fizyczny.


Na szczęście pogoda dopisała. Temperatura wynosiła około 20 stopni, więc nie było ani zbyt gorąco, ani zbyt zimno. Mogłem spokojnie chodzić, podziwiać krajobrazy i robić zdjęcia bez męczenia się w upale. Na samym murze spędziłem mniej więcej dwie godziny, być może nawet nieco krócej. Później czekała mnie jednak kolejna niespodzianka: znowu około półtorej godziny stania w kolejce, tym razem do zjazdu toboganem. To było już naprawdę wkurzające…
Po zjeździe wróciłem autobusem wahadłowym do bazy organizatora, a stamtąd niemal od razu wsiedliśmy do autobusu jadącego z powrotem do Pekinu. Podróż trwała ponownie prawie dwie godziny, więc do miasta dotarłem dopiero po 19. Był to zatem długi dzień: 2h zwiedzsnia kosztowały cały dzień wycieczki. Na miejscu poszedłem do pobliskiej galerii handlowej, żeby znaleźć coś do jedzenia. W Chinach w centrach handlowych często całe piętra przeznaczone są na gastronomię. Znajduje się tam mnóstwo niewielkich restauracji i punktów z jedzeniem.
Tym razem zupełnie przypadkiem trafiłem na restaurację o nazwie Big Pizza. Nazwa sugerowała, że będzie to przede wszystkim pizzeria, ale w rzeczywistości lokal oferował znacznie więcej: bufet w formule „jesz, ile chcesz”, z bardzo dużym wyborem potraw. Znalazły się również dania wegetariańskie, a w cenie były dodatkowo desery, lody, różne napoje gazowane, a nawet piwo. I to za 45zł. Była to moja ostatnia wieczerza i wypadła bardzo udanie. Po kolacji wróciłem metrem do hotelu, gdzie czekało mnie pakowanie. Następnego dnia miałem ruszać dalej, więc na sen zostało już niewiele czasu.

Przy okazji tego dnia warto wspomnieć o kilku rzeczach, które zwróciły moją uwagę podczas pobytu w Pekinie. Jedną z nich jest komunikacja miejska, a szczególnie metro. Pekin ma jedną z największych sieci metra na świecie, a pod względem łącznej długości tras zajmuje obecnie pierwsze miejsce. Według danych dotyczących 2025 roku sieć liczy około 909 kilometrów i obejmuje 30 linii. To naprawdę imponująca skala. Metro jest przy tym sprawne, dobrze zorganizowane i stosunkowo tanie. Za pojedynczy przejazd płaci się zazwyczaj kilka juanów, co odpowiada mniej więcej 1,60 zł, choć ostateczna cena zależy od długości trasy.
Kolejną rzeczą, którą zauważyłem, jest liczba publicznych toalet. Można na nie trafić praktycznie na każdym kroku, co podczas zwiedzania jest bardzo wygodne. Niestety, o ich obecności często najłatwiej przekonać się za pomocą węchu. Nie są tak czyste i pachnące jak toalety w Korei czy Japonii, ale przynajmniej są dostępne i bezpłatne. W Polsce publiczne toalety często kojarzą się przede wszystkim z koniecznością szukania drobnych i niezbyt przyjemnymi warunkami.
Pozytywnie zaskakuje mnie również zwyczaj podawania herbaty do posiłku. W wielu restauracjach można ją dostać bez dodatkowej opłaty, co jest miłym dodatkiem do jedzenia. Nie pamiętam już, czy wspominałem o tym wcześniej, ale podczas podróży zauważyłem, że jest to dość powszechna praktyka.
Discover more from Piotrkowe Wyprawy
Subscribe to get the latest posts sent to your email.
Ciekawa jestem, czy chciałbyś jeszcze kiedyś wrócić do Chin w swojej podróży?
Krótko odpowiadając: nie 🙂