25.09 Z Seulu do Sokcho

2026 Korea - Tajwan - Chiny By wrz 26, 2026 Brak komentarzy

Dzisiejszy dzień zaczął się właściwie jeszcze wczoraj wieczorem od pierwszego większego problemu organizacyjnego przed wyjazdem do Chin. Próbowaliśmy kupić pierwsze bilety na chińskie pociągi, ale okazało się, że dane Przemka z jakiegoś powodu nie przechodzą weryfikacji w systemie chińskich kolei. Jego profil jest odrzucany i nie udało nam się dokonać rezerwacji ani przez oficjalny system kolei, ani przez pośrednika, takiego jak Trip.com. Próbowaliśmy różnych kombinacji, poprawialiśmy dane, sprawdzaliśmy paszport i możliwe przyczyny problemu, ale bez skutku. Zajęło nam to naprawdę sporo czasu, a temat przeciągnął się również na dzisiejszy poranek — kolejne próby podejmowaliśmy w autobusie jadącym do Sokcho.

Sam dzień zaczął się od pakowania i opuszczenia Seulu. Najpierw pojechaliśmy autobusem, później przesiedliśmy się do metra i dotarliśmy na dworzec autobusowy, z którego mieliśmy ruszyć dalej na wschodnie wybrzeże Korei.



Bilety na autobus mieliśmy wcześniej zarezerwowane przez internet, więc na dworcu odebraliśmy ich papierową wersję. Ponieważ zostało nam jeszcze trochę czasu, poszliśmy do pobliskiej kawiarni na śniadanie. O 10:40 autobus punktualnie ruszył w kierunku Sokcho.



Sam przejazd trwał jednak wyraźnie dłużej, niż powinien. Po drodze trafiliśmy na bardzo duży ruch i ostatecznie dotarliśmy na miejsce z mniej więcej godzinnym opóźnieniem. Możliwe, że zwiększony ruch miał związek ze świętem i większą liczbą osób podróżujących w tym okresie.

Po przyjeździe do Sokcho od razu kupiliśmy bilety na jutrzejszy autobus do Gangneung, dokąd pojedziemy wieczorem po całym dniu spędzonym w okolicy Sokcho.

Następnie ruszyliśmy do hotelu, ale okazało się, że na zameldowanie jest jeszcze za wcześnie. Zostawiliśmy więc temat pokoju na później i poszliśmy poszukać czegoś do jedzenia. I tutaj ponownie pojawił się jeden z moich stałych problemów podczas tej podróży – jedzenie wegetariańskie. W Sokcho znalezienie czegoś bez mięsa okazuje się jeszcze trudniejsze niż w Seulu. Dodatkowym utrudnieniem jest bariera językowa. Nawet jeżeli danie na pierwszy rzut oka wygląda na wegetariańskie, nie zawsze wiadomo, na jakim bulionie zostało przygotowane albo co dokładnie znajduje się w środku.

Burger z krewetkami w ichniejszym makdonaldzie


Zauważalny dla mnie jest tez powtarzający się schemat koreańskich dań. Bardzo wiele z nich przypomina różnego rodzaju zupy albo potrawy podobne do ramenu: miska bulionu, makaron i sporo różnych składników pływających w środku – często właśnie mięsnych. Często mamy wrażenie, że dziwnie doprawione są te potrawy. Nadal jednak próbujemy kolejnych rzeczy.

Po obiedzie wróciliśmy do hotelu i tym razem mogliśmy już się zameldować. Nocujemy w czterogwiazdkowym hotelu znajdującym się w wysokim wieżowcu. Pokój mamy na 13 piętrze, wielkością jest zbliżony do tego, który mieliśmy wcześniej w Seulu, może z nieco wyższym standardem.



Największe wrażenie robi jednak ostatnie piętro. Znajduje się tam taras widokowy z niemal 360-stopniową panoramą Sokcho. Z jednej strony widać miasto i zatokę, dalej morze, a z drugiej góry otaczające Sokcho. Widok jest naprawdę świetny i już dla niego samego hotel okazał się bardzo dobrym wyborem.



Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy jeszcze na plażę w Sokcho. Po kilku intensywnych dniach zwiedzania Seulu był to pierwszy moment, kiedy mogliśmy trochę zwolnić tempo i zobaczyć zupełnie inną Koreę — mniejsze nadmorskie miasto, morze po jednej stronie i góry po drugiej.

Na plus jest również fakt, że to miasto „nie kusi”, ponieważ oprócz wybrzeża, tu praktycznie nie ma nic ciekawego. W drodze powrotnej do hotelu zahaczyliśmy o Abai Village. Jest to historyczna dzielnica, bardzo blisko centrum. Powstała w czasie wojny koreańskiej, gdy w latach 1950–1951 osiedlili się tutaj uchodźcy z Korei Północnej, przede wszystkim z prowincji Hamgyŏng. Wielu z nich zakładało, że po wojnie szybko wróci do domów, ale podział Korei okazał się trwały. W praktyce było tam mnóstwo małych restauracyjek i… w sumie tyle. Stamtąd przeprawiliśmy się krótkim promem na naszą stronę, gdzie 300m dalej był nasz hotel.

Wieczorem posiedzieliśmy jeszcze na tarasie na dachu, poszliśmy na kolację do bardzo lokalnej restauracyjki na placek z kimchi. A na koniec zajrzelśmy na targowisko: Jungang Market, gdzie było mnóstwo przekąsek rybnych i nie tylko. Ja kupiłem sok z dyni.

Widok z dachu naszego hotelu
Placek z kimchi.
Jungang Market

Ciekawostka – dziś widzieliśmy kawiarnię… samoobsługową. Można było usiąść w środku, ale zamiast obsługi był automat.


Discover more from Piotrkowe Wyprawy

Subscribe to get the latest posts sent to your email.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *