29.09 Świątynia Bulguksa & zwiedzanie Gyeongju

2026 Korea - Tajwan - Chiny By wrz 30, 2026 1 Komentarz

Dzisiaj zaczęliśmy standardowo od śniadania w naszym miejscu noclegowym, a później ruszyliśmy na autobus do jednej z najważniejszych atrakcji w okolicy Gyeongju, czyli świątyni Bulguksa.

Śniadanie w naszym noclegu

Już na samym początku przekonaliśmy się jednak, że koreańska komunikacja miejska ma swoje zasady. Siedzieliśmy sobie spokojnie na przystanku, autobus nadjechał… i pojechał dalej. Pomimo tego, że byliśmy dokładnie tam, gdzie powinniśmy być. Wygląda na to, że przystanki działają tutaj tak, jak nasze „na żądanie”, tylko że u nas takich przystanków jest niewiele, a tutaj mam wrażenie, że na żądanie jest każdy. Samo stanie na przystanku nie wystarczy – trzeba jeszcze odpowiednio wcześniej zamachać kierowcy. No cóż. Człowiek uczy się całe życie. Pojechaliśmy kolejnym.

Bulguksa jest jedną z najważniejszych świątyń buddyjskich w Korei. Jej początki sięgają VI wieku, natomiast największa rozbudowa miała miejsce w VIII wieku, w czasach królestwa Silla. Razem z pobliską grotą Seokguram została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.


Sam kompleks jest całkiem spory – kilka poziomów, dziedzińce, drewniane budynki, kamienne schody i pagody. Wszystko utrzymane w charakterystycznym koreańskim stylu, który po kilku dniach zaczynamy już coraz łatwiej rozpoznawać. Świątynia ma też duże znaczenie dla Koreańczyków, bo Gyeongju przez setki lat było stolicą królestwa Silla.

Z Bulguksy chcieliśmy jeszcze podjechać wyżej do Seokguram, gdzie znajduje się słynny posąg Buddy wykuty w sztucznej grocie. Niestety okazało się, że z transportem publicznym jest tam trochę gorzej, więc ostatecznie odpuściliśmy i wróciliśmy w stronę miasta.

Dzisiejszy dzień był też pierwszym podczas tej podróży, kiedy deszcz nałożył się na nasze zwiedzanie. Do tej pory padało właściwie tylko raz i akurat wtedy siedzieliśmy w pokoju i pracowaliśmy. Na szczęście nie padało aż tak mocno, żeby zupełnie zrezygnować ze zwiedzania.

Wracając z Bulguksy, wysiedliśmy w okolicy Cheomseongdae, czyli obserwatorium astronomicznego z VII wieku. Jest ono uznawane za najstarsze zachowane obserwatorium astronomiczne w Azji. Brzmi to wszystko bardzo imponująco, natomiast wygląda zdecydowanie słabiej. Jest to po prostu kamienna wieża wysokości około dziewięciu metrów, przypominająca trochę duży, szeroki komin. Można ją obejść dookoła, zrobić zdjęcie… i właściwie tyle. Oczywiście historycznie jest to niezwykle ciekawe miejsce, szczególnie jeśli pomyśleć, że ponad 1300 lat temu Koreańczycy obserwowali stąd niebo.

Starożytne obserwatorium


Ponieważ było jeszcze dość wcześnie, poszliśmy dalej do pobliskiego Gyerim, czyli niewielkiego lasku położonego właściwie w samym centrum historycznej części Gyeongju. Tutaj znowu Koreańczycy mają ciekawą legendę. Podobno właśnie w tym miejscu znaleziono Kim Al-ji, legendarnego przodka koreańskiego rodu Kim. Według opowieści dziecko znajdowało się w złotej skrzyni zawieszonej na drzewie, a pod drzewem piał kogut. Stąd też nazwa Gyerim, którą można mniej więcej tłumaczyć jako „koguci las”. Dzisiaj jest to po prostu bardzo przyjemne miejsce na spacer. Dużo starych drzew, trochę ścieżek, sporo zieleni i zdecydowanie mniej ludzi niż przy głównych atrakcjach.


Z Gyerim przeszliśmy dalej w stronę mostu Woljeonggyo. I ten zrobił na nas zdecydowanie większe wrażenie. To duży drewniany, zadaszony most zbudowany w tradycyjnym koreańskim stylu. Oryginalny most powstał tutaj jeszcze w VIII wieku, natomiast obecna konstrukcja jest jego współczesną rekonstrukcją. Przeszliśmy na drugą stronę rzeki, porobiliśmy trochę zdjęć i chwilę pokręciliśmy się po okolicy.


W ogóle Gyeongju jest pod tym względem dość specyficzne. Nie ma tutaj jednego wielkiego starego miasta, do którego się wchodzi i przez kilka godzin ogląda zabytki. Tutaj zabytki są rozsiane właściwie wszędzie. Idziesz sobie przez park i nagle masz królewski grobowiec. Potem jakieś obserwatorium sprzed 1300 lat. Kilkaset metrów dalej most, pałac albo świątynię. Trochę takie muzeum na świeżym powietrzu.


W drodze powrotnej był oczywiście obiad, później kawa i mały deserek, a następnie najbardziej ekscytująca część podróży po Korei – kilka godzin pracy przy komputerze.


Po dwudziestej zrobiliśmy przerwę i ponownie ruszyliśmy w miasto, tym razem na kolację. Tego wieczoru po raz pierwszy spróbowaliśmy makgeolli, czyli tradycyjnego koreańskiego alkoholu produkowanego z ryżu. Ma tylko około 6% alkoholu, więc jest bardzo delikatne. Smak jest dość oryginalny – trochę słodkawy, trochę mleczny i delikatnie musujący. Nam bardzo smakowało. Do tego po raz kolejny zamówiliśmy koreańskie jeon, czyli duże smażone placki z różnymi dodatkami. Ja chyba nazwałbym je koreańską pizzą.

Jeon – coś między pizzą a plackiem ziemniaczanym


Po kolacji mieliśmy jeszcze jeden ambitny plan. Chcieliśmy zobaczyć pałac Donggung i staw Wolji, który podobno najlepiej prezentuje się właśnie wieczorem. Cały kompleks jest wtedy podświetlony, a budynki odbijają się w wodzie. Problem polegał na tym, że trochę za długo siedzieliśmy przy kolacji. Kiedy zorientowaliśmy się, która jest godzina, postanowiliśmy ratować sytuację i wzięliśmy taksówkę. Na miejsce dotarliśmy około 21:40, 20min. przez zamknięciem i nas nie wpuszczono. Przed nami stały jeszcze dwie młode Koreanki, które miały dokładnie ten sam problem. Cała nasza czwórka zaczęła więc iść wzdłuż ogrodzenia, próbując złapać jakieś lepsze ujęcia foto. Ale zaczęliśmy się zastanawiać, czy jednak nie dostalibyśmy się, mniej oficjalnie, do środka. Była nawet taka lekko uchylająca się furtka… Przez chwilę staliśmy więc we czwórkę – dwóch Polaków i dwie Koreanki – zastanawiając się, czy… Ale jednak rozsądek zwyciężył. Dookoła były kamery. Uznaliśmy więc, że tłumaczenie koreańskiej policji przy pomocy Google Translate, że „furtka była otwarta”, może nie być najlepszym pomysłem na zakończenie dnia. Do Donggung wrócimy jutro.

Tyle udało się zobaczyć przez płot


Na koniec jeszcze jedna obserwacja, która po kilku dniach tutaj coraz bardziej nam się potwierdza. Koreańczycy są naprawdę bardzo mili, uprzejmi i pomocni. I nie mam tutaj na myśli jedynie uprzejmości czy uśmiechania się do turystów, jak często ma to miejsce chociażby w Tajlandii. Problem jest tylko jeden. Angielski. Pod tym względem Korea przypomina trochę Japonię. Prawie nikt nie mówi po angielsku. Może jest tutaj minimalnie lepiej niż w Japonii, ale nadal jesteśmy zaskoczeni, jak trudno czasami się dogadać. I dotyczy to również młodych ludzi. Nawet dwie dziewczyny spod pałacu, z którymi przez kilka minut wspólnie analizowaliśmy możliwość naszego nielegalnego wejścia, praktycznie nie mówiły po angielsku. Na szczęście dzisiaj mamy Google Translate…


Discover more from Piotrkowe Wyprawy

Subscribe to get the latest posts sent to your email.

1 Komentarz

  1. Magda pisze:

    Ciekawe co to za kwiatki na pierwszym zdjęciu?

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *