30.09 Z Gyeongju do Busan

2026 Korea - Tajwan - Chiny By paź 01, 2026 Brak komentarzy

Rano, chwilę po dziewiątej, ruszyliśmy jeszcze na ostatnie zwiedzanie Gyeongju. Tym razem celem był teren, na którym znajdują się słynne królewskie kurhany, tuż obok naszego noclegu. Całość wygląda trochę nietypowo – pośrodku miasta rozciąga się ogromny, bardzo zadbany i spokojny park, a pomiędzy alejkami wyrastają wielkie, porośnięte trawą kopce. To właśnie grobowce dawnych władców królestwa Silla.

Na teren można było wejść bezpłatnie i spokojnie pospacerować pomiędzy grobowcami. Do jednego (Cheonmachong) z nich dało się również wejść do środka. Liczyłem, że będzie można zobaczyć coś w rodzaju przekroju prawdziwego grobowca, ale w praktyce wnętrze przypominało bardziej niewielkie muzeum. W gablotach znajdowały się przedmioty związane z pochowanymi tutaj władcami – między innymi złote i brązowe ozdoby oraz inne znaleziska archeologiczne.

Wyszliśmy drugą stroną parku i okazało się, że jesteśmy już całkiem blisko pałacu Donggung i stawu Wolji. Byliśmy tam dzień wcześniej wieczorem, ale dotarliśmy już po zamknięciu. Tym razem mogliśmy wejść i przejść się dookoła.

Pałac Donggung

I tutaj niestety potwierdziło się to, co można było podejrzewać – w ciągu dnia miejsce nie robi aż takiego wrażenia. Cały urok Donggung i Wolji polega przede wszystkim na wieczornym oświetleniu budynków i ich odbiciach w wodzie. Za dnia jest po prostu ładnie. Przeszliśmy więc dookoła, zrobiliśmy kilka zdjęć i ruszyliśmy dalej.

Dziwny deser: micha skrobanego lodu, na to trochę słodkiej fasolki i kawalek czegoś słodkiego. Bez sensu!

Wróciliśmy do miejsca, w którym nocowaliśmy, zabraliśmy walizki, poszliśmy na kawę. A potem, w drodze na autobus zajrzeliśmy jeszcze do kolejnego otwartego kurhanu. Wewnątrz pokazano, w jaki sposób takie grobowce były budowane – było sporo drewnianych konstrukcji i rusztowań pokazujących kolejne warstwy oraz sposób przygotowania komory grobowej. Dzięki temu można było dużo łatwiej wyobrazić sobie, jak wyglądało to ponad tysiąc lat temu.

Stamtąd ruszyliśmy już na przystanek autobusowy i pojechaliśmy na dworzec szybkiej kolei.

Momentami jechaliśmy około 300 km/h, a cała podróż trwała mniej więcej 40 minut. Taka podróż robi wrażenie!

Po przyjeździe do Busan czekał nas jeszcze mniej spektakularny etap podróży. Wsiedliśmy do miejskiego autobusu i kolejne około 40 minut jechaliśmy w stronę Gwangalli Beach, gdzie mieliśmy zarezerwowany hostel. I tutaj niestety zaczęło się trochę gorzej. Zdjęcia obiektu, które oglądaliśmy podczas rezerwacji, najwyraźniej mają już swoje lata. I to raczej sporo. Hostel zdecydowanie najlepsze czasy ma już za sobą.

Nie. Nie ten wysoki. Ten niski po przwej- Bexco.
„Piękny” taras
Prysznic nad umywalką

Jednym z argumentów przy wyborze miał być widok na morze. Problem w tym, że obecnie przed budynkiem stoi wielki wieżowiec i skutecznie większość tego widoku zasłania. Jeszcze gorzej wygląda taras na dachu, który na zdjęciach prezentował się naprawdę przyjemnie. W rzeczywistości jest mocno zaniedbany, poniszczony i zupełnie nie przypomina tego, co pokazywały zdjęcia. Podobnie przestrzeń wspólna – sporo rzeczy jest zużytych, brudnych i po prostu zaniedbanych. Niestety w tym okresie nie było zbyt dużego wyboru noclegów blisko tej plaży, a na tym nam zależało.

Sama najbliższa okolica też jest dość specyficzna. Znajduje się tutaj mnóstwo firm związanych z rybami – chyba hurtownie, przetwórnie i miejsca, gdzie trzyma się żywe ryby. Przed budynkami stoją duże zbiorniki pełne wody, ktoś cały czas coś przelewa, przenosi albo sortuje. No i zapach jest dokładnie taki, jakiego można się spodziewać w okolicy intensywnie zajmującej się rybami.

Ponieważ zrobiło się już późno, pojawił się kolejny problem – jedzenie. Nie udało nam się znaleźć niczego sensownego na obiad, więc ostatecznie trafiliśmy na pizzę. Lokal miał w Google Maps ocenę 4,9, więc pomyśleliśmy, że źle być nie może. Mogło. Pizza kosztowała około 75 zł i smakowała mniej więcej jak rozmrożona pizza kupiona gdzieś w Żabce. Jedno z większych kulinarnych rozczarowań podczas tego wyjazdu, szczególnie biorąc pod uwagę cenę i prawie idealną ocenę lokalu.

Po tej niezbyt udanej uczcie zaczęliśmy pracę w pokoju. Szybko jednak przenieśliśmy się do kawiarni niedaleko hostelu, a później do kolejnej, już bliżej Gwangalli Beach.

Praca z kawiarni

I właściwie tak minął nam pierwszy dzień w Busan. Za to wieczory są tutaj naprawde przyjemne! Dużo ludzi chodzi sobie wzdłuż plaży, siedzi w kawiarniach. Nie jest to szalone życie nocne, ale Koreańczycy na swój sposób spędzają aktywne wieczory.

Gwangali Beach

Discover more from Piotrkowe Wyprawy

Subscribe to get the latest posts sent to your email.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *