Rano wstaliśmy standardowo gdzieś koło 8:30. Spakowaliśmy ostatnie rzeczy, wymeldowaliśmy się z naszego moteliku i ruszyliśmy autobusem w stronę lotniska. Dojazd miał zająć ponad godzinę i mniej więcej tyle rzeczywiście trwał. Po drodze musieliśmy jeszcze przesiąść się gdzieś daleko na przedmieściach Busan, ale ostatecznie bez większych problemów dotarliśmy na lotnisko. Zapas czasu nie był jednak szczególnie imponujący.
Sam przejazd przez Busan był zresztą ciekawy. Nawet kilkanaście czy dwadzieścia kilometrów od centrum miasto wygląda właściwie tak samo. Bloki i mniejsze domy, a na parterach wszędzie niewielkie kawiarnie, restauracyjki, sklepy i różnego rodzaju punkty usługowe. Nie ma tutaj tak wyraźnego przejścia pomiędzy centrum a peryferiami, jakie często widać w europejskich miastach. Można być kilometr od centrum albo piętnaście kilometrów dalej i krajobraz miejski nadal jest zaskakująco podobny.

Na lotnisku najpierw oddaliśmy bagaże. Tym razem mieliśmy wykupiony limit zaledwie 15 kg. Mój plecak ważył około 14,5 kg, więc byłem bezpieczny, natomiast Przemek miał około 17,5 kg. Ku naszemu zadowoleniu nikt nie robił z tego problemu i bagaż został przyjęty bez dopłaty. Pierwszy raz spotkaliśmy się natomiast z inną procedurą. Po nadaniu bagaży pani przy stanowisku poprosiła nas, żebyśmy przez około pięć minut nie odchodzili i zaczekali na potwierdzenie, że bagaże przeszły kontrolę bezpieczeństwa. Dopiero później mogliśmy spokojnie ruszyć dalej.
Przed odlotem zdążyliśmy jeszcze odzyskać resztę pieniędzy z kart T-money. Potrącona została niewielka prowizja, ale przynajmniej odzyskaliśmy po kilka wonów. Była już właściwie pora bardziej obiadowa niż śniadaniowa, więc poszliśmy coś zjeść, a później na kawę. Sama kawiarnia na lotnisku była dość osobliwa. W środku wisiała cała kolekcja zakazów i regulaminów: nie można było spożywać własnego jedzenia, obowiązywała zasada „jedna osoba – jeden napój”, a do tego informacja, że nie podają ani zimnej, ani ciepłej wody. Obsługa praktycznie nie mówiła po angielsku, co jak na kawiarnię na międzynarodowym lotnisku było trochę zaskakujące. Niestety tam właśnie tam zostawiłem swoją bluzę, jedyną ciepłą rzecz, którąwziąłem z Polski. Zorientowałem się oczywiście dopiero później, za kontrolą bezpieczeństwa.
Sam lot też miał swoją historię. Około dwóch dni wcześniej dostaliśmy informację, że został przesunięty o prawie trzy godziny. To niestety mocno pokrzyżowało nam plan pierwszego dnia na Tajwanie. Na szczęście w dniu wylotu Air Busan nie dołożył już kolejnego opóźnienia i wystartowaliśmy zgodnie z nowym rozkładem. Ale plan na Tajwan trzeba było przemodelować.
Po sprawnej kontroli bezpieczeństwa wsiedliśmy więc do naszego lokalnego odpowiednika Ryanaira i polecieliśmy z Busan do Tajpej. Po przylocie wszystko poszło zaskakująco sprawnie. Formalności wjazdowe przebiegły szybko, część kontroli była zautomatyzowana, a kiedy dotarliśmy do taśmy bagażowej, nasze rzeczy praktycznie już na nas czekały. Wypłaciliśmy trochę gotówki z bankomatu, wymieniliśmy też pieniądze w kantorze i kupiliśmy karty EasyCard. To tajwański odpowiednik koreańskiego T-money – można nimi płacić przede wszystkim za metro, autobusy i inne środki transportu, ale również w wielu sklepach i innych miejscach.
Z lotniska wsiedliśmy w szybki Airport MRT i po około pół godzinie byliśmy już w centrum Tajpej. Nasz hotel znajduje się bardzo blisko Taipei Main Station, więc mniej więcej dziesięć minut po wyjściu na powierzchnię zostawialiśmy już rzeczy w pokoju. I tutaj nastąpiła kolejna zmiana w składzie naszej wyprawy. Od dwóch dni na Tajwanie był już Maciek z Warszawy. Podszedł pod nasz hotel i po chwili po raz pierwszy od początku tej podróży ruszyliśmy na zwiedzanie w trzy osoby.

Pierwszym celem był wieżowiec – Taipei 101.


Budynek ma 508 metrów wysokości i 101 kondygnacji nad ziemią. Po ukończeniu w 2004 roku został najwyższym budynkiem świata i utrzymywał ten tytuł aż do 2010 roku, kiedy rekord przejął Burj Khalifa w Dubaju. Za mniej więcej 60–70 złotych wjechaliśmy na 89. piętro, gdzie na wysokości około 382 metrów znajduje się główny taras widokowy. Winda potrzebuje na dotarcie tam z piątego piętra zaledwie 37 sekund. Widoki? Dobre, ale chyba jednak trochę żałowaliśmy, że dotarliśmy dopiero po zachodzie słońca.

Nocą miasto zamienia się przede wszystkim w ogromne morze świateł. Wygląda efektownie, ale trudniej zobaczyć jego rzeczywiste rozmiary, zabudowę i położenie. Pod tym względem wolę jednak oglądanie takich metropolii jeszcze za dnia albo tuż przed zachodem słońca. Do tego sam taras obserwacyjny jest średnio przystosowany do nocnego oglądania miasta. W środku znajduje się mnóstwo oświetlenia, dekoracji i ekranów, które odbijają się w szybach. Żeby cokolwiek dobrze zobaczyć albo zrobić zdjęcie, trzeba właściwie przykleić aparat i głowę do szkła.

Znacznie ciekawsza okazała się dla mnie inna atrakcja znajdująca się wewnątrz wieżowca. Pomiędzy piętrami można zobaczyć gigantyczną stalową kulę. To Tuned Mass Damper, czyli tłumik drgań. Ma około 5,5 metra średnicy i waży aż 660 ton. Jego zadaniem jest ograniczanie kołysania się wieżowca podczas silnego wiatru, tajfunów i trzęsień ziemi. Sama kula robi wrażenie, ale jeszcze ciekawsze były wyświetlane obok nagrania z tajfunów. Widać na nich, jak ogromna masa naprawdę zaczyna wychylać się na boki, przejmując część energii działającej na budynek. Dopiero wtedy człowiek zdaje sobie sprawę, że te 660 ton nie jest tam tylko efektownym elementem wystawy.

Z Taipei 101 pojechaliśmy do Ximending, jednej z najbardziej żywych dzielnic Tajpej. To właśnie tutaj znajduje się The Red House, a za nim skupisko barów i ogródków, które wieczorem zamieniają się w jedno z popularniejszych miejsc nocnego życia w tej części miasta. Administracyjnie cały ten obszar należy do dzielnicy Wanhua. Usiedliśmy więc we trzech na piwo i mogliśmy w końcu trochę spokojniej porozmawiać.

Nie zamierzaliśmy jednak jeszcze kończyć zwiedzania. Do 22:00 otwarta była jedna z najsłynniejszych świątyń Tajpej – Longshan Temple, więc postanowiliśmy przejść tam pieszo. I był to bardzo dobry pomysł. Longshan Temple została założona już w 1738 roku i przez stulecia była nie tylko miejscem kultu, ale też jednym z najważniejszych centrów życia społecznego starego Tajpej. Znajduje się właśnie w Wanhua, czyli najstarszej rozwiniętej części miasta. Głównym bóstwem świątyni jest Guanyin, ale znajduje się tutaj ponad sto przedstawień różnych bóstw związanych z tradycjami buddyjskimi i ludowymi.


Świątynia była wielokrotnie niszczona przez trzęsienia ziemi, pożary, a nawet bombardowanie podczas II wojny światowej, po czym ją odbudowywano. Dzięki temu jest nie tylko miejscem religijnym, ale także jednym z najlepszych przykładów tradycyjnej tajwańskiej architektury świątynnej. Wieczorem robiła na nas bardzo duże wrażenie. Dużo czerwieni i złota, bogato zdobione dachy, rzeźbione smoki, zapach kadzideł i ludzie, którzy mimo późnej pory nadal przychodzili się modlić. Obok znajduje się też podświetlona przestrzeń z wodą i niewielkim sztucznym wodospadem, co jeszcze bardziej dodawało temu miejscu klimatu.

Po wizycie w świątyni wróciliśmy jeszcze w stronę Ximending i kontynuowaliśmy poznawanie nocnego Tajpej. Do hotelu wróciliśmy już dość późno.

Discover more from Piotrkowe Wyprawy
Subscribe to get the latest posts sent to your email.


Bardzo ciekawe Taipej, wieżowiec i ta kula. Jednak wydaje mi się, że kilka zdjęć pominąłeś. nie ma zdjęć do napisów : Przedmieścia Busan, Przedmieście Taipei , Makieta Taipei 101 i 660kg kula tłumiąca drgania wieżowca. Pozdrowienia ode mnie i od Taty, który cały czas śledzi Waszą podróż. Babcia T. również czyta i ogląda relacje.