Dzień zaczęliśmy od śniadania o 8:30. Chwilę po dziewiątej wyszliśmy z hotelu, zostawiając w nim nasze bagaże. Poszliśmy na przystanek autobusowy, skąd mieliśmy autobus do Jiufen. Na przystanku czekał już Maciek i w trójkę ruszyliśmy w stronę tego słynnego tajwańskiego miasteczka. Podróż zajęła nam około 50 minut.

Jiufen to niewielka, malownicza miejscowość położona na zboczach gór na północnym wybrzeżu Tajwanu. Słynie przede wszystkim z wąskich, stromych uliczek, licznych schodów, herbaciarni i charakterystycznej, gęstej zabudowy. Miejsce stało się również bardzo popularne dzięki swojej atmosferze i widokom na okoliczne góry oraz morze.
Zwiedzanie zaczęliśmy od Jiufen Old Street – głównej uliczki pełnej sklepików, straganów i małych knajpek. Można tam znaleźć właściwie wszystko: od pamiątek, przez lokalne przekąski, po herbaty. My skusilimy się na zakup herbaty Oolong.

Ciekawym elementem zakupów w Jiufen było to, że praktycznie wszędzie obowiązywały bardzo podobne ceny. Te same produkty kosztowały niemal tyle samo w kolejnych sklepach, więc nie trzeba było robić kilku rund, porównywać cen i zastanawiać się, czy kawałek dalej nie znajdziemy tego samego taniej. Z podobną sytuacją spotykaliśmy się zresztą również w innych miejscach na Tajwanie. Ceny tych samych produktów były zazwyczaj bardzo zbliżone, co było całkiem wygodne i przyjemne.
Na Old Street sprzedawcy chętnie częstowali przechodniów tym, co mieli w ofercie. Można było spróbować różnych słodyczy, przekąsek czy herbat. W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że właściwie można przejść całą uliczkę i na samych degustacjach spokojnie się najeść.

Poza Old Street trochę pokręciliśmy się po okolicy, porobiliśmy zdjęcia i zajrzeliśmy na kilka punktów widokowych. Jiufen jest naprawdę charakterystyczne – wszędzie są schody, strome przejścia i wąskie uliczki prowadzące pomiędzy domami.



W końcu postanowiliśmy wejść do jednej z licznych herbaciarni. Samo wejście było już ciekawym doświadczeniem. Do lokalu prowadziło przejście przypominające trochę tunel, częściowo wciśnięte pomiędzy budynki, a częściowo wyglądające jak wydrążone w skale. Całość sprawiała wrażenie trochę tajemniczego wejścia do ukrytego miejsca. Na początku wydawało nam się, że herbata jest po prostu dość droga – około 40 złotych od osoby. Dopiero później okazało się, że nie kupiliśmy zwykłej herbaty, ale właściwie całą ceremonię jej parzenia oraz drobne przekąski do tego. Pani, która nas obsługiwała, krok po kroku wykonywała wszystkie czynności. Najpierw gorącą wodą przepłukała wszystkie naczynia, a następnie przelała nią również samą herbatę. Co ciekawe, pierwsze, bardzo krótkie zalanie herbaty zostało od razu wylane – tej pierwszej porcji się nie pije. Dopiero później herbata została właściwie zaparzona w niewielkim dzbaneczku. Następnie pani przelała ją do małych kieliszków, które przykryła szerszymi naczyniami. Całość odwróciła do góry nogami, dzięki czemu herbata przelała się do właściwych czarek. Wszystko odbywało się według określonej kolejności i wyglądało naprawdę efektownie.

Później sami powtarzaliśmy cały proces przy kolejnych zalaniach. I właśnie to było w tym wszystkim najfajniejsze – nie chodziło tylko o wypicie dobrej herbaty, ale o całe doświadczenie i rytuał. Po kilku takich rundach ruszyliśmy na autobus powrotny do Tajpej.

Po powrocie zeszliśmy do podziemi, które łączą się ze stacją metra i dworcem kolejowym. Tam pożegnaliśmy się z Maćkiem, który zostaje na Tajwanie jeszcze kilka dni. My mieliśmy przed sobą koleją część podróży – tego samego dnia wieczorem lecieliśmy do Hongkongu. Zanim jednak odebraliśmy bagaże i ruszyliśmy na lotnisko, poszliśmy jeszcze coś zjeść. W podziemiach galerii znaleźliśmy food court z mnóstwem małych restauracji i stoisk. Trafiliśmy na naprawdę dobre jedzenie, więc był to całkiem przyjemny ostatni posiłek na Tajwanie.

Potem wróciliśmy do hotelu, wzięliśmy swoje walizki i pojechaliśmy ekspresową kolejką na lotnisko. Wszystko poszło bardzo sprawnie – nadanie bagażu, odprawa, kontrola bezpieczeństwa. Bez większych problemów dotarliśmy do samolotu i zgodnie z planem odlecieliśmy. Sam lot był ciekawy, bo mimo że trwał zaledwie około półtorej godziny, lecieliśmy szerokokadłubowym samolotem. Na pokładzie było więc naprawdę sporo pasażerów. Co więcej, podczas tak krótkiego rejsu dostaliśmy również posiłek, a obsługa była bardzo miła. Ja dostałem wegetariańską opcję, pomim że nie zamówiłem jej wcześniej. Pierwsze moje doswiadczenie z Cathay Pacific było super.
Po przylocie do Hongkongu sytuacja wyglądała już trochę inaczej. Lotnisko jest ogromne i po wyjściu z samolotu musieliśmy nawet skorzystać z wewnętrznej kolejki, żeby dostać się z jednej części lotniska do drugiej. Samą kontrolę imigracyjną przeszliśmy jednak dość szybko. Najwięcej czasu zajęło nam czekanie na bagaże. Ponownie, szybką kolejką pojechaliśmy do centrum. Z jakiegoś powodu początkowo drogi bilet został policzony bardzo promocyjnie. Byliśmy miło zaskoczeni. Po dojechaniu do stacji Kowloon, mieliśmy jeszcze jedną ważną misję: kupić bilety na przynajmniej pierwszy pociąg z Hongkongu do „Chin właściwych”. Przeszliśmy kilometry w podziemiach i w końcu dotaraliśmy do okienek z biletami. Pani mówiła super po angielsku, więc bez problemu kupiliśmy bilety, a Przemek został magiczne zweryfikowany. Uff… Kolejny krok: dostać się do naszego noclegu. Postanowiliśmy wziąć taxi (uber), bo byliśmy już naprawde zmęczni i było późno (koło 23).
Ciężko było nam zaznaczyć w aplikacji punkt, gdzie jesteśmy. Zamówiona taksówka wjechała więc na teren zamkniętego osiedla, ale ochroniarz nie chciał nas tam wpuścić. Samochód stał dosłownie jakieś 20 metrów dalej i ochroniarz doskonale go widział. Musieliśmy więc obejść ały teren dookoła (z 200-300m), ale przez szlabany kolejny ochroniarz nas nie przepuścił. Ostatecznie sytuację rozwiązał sam kierowca – kiedy wyjeżdżał z osiedla, zgarnął nas po drodze. Kierowca pytał po chińsku, dokąd chcemy jechać. Dlaczego? Nie wiemy – przecież miał to w apliakcji ubera. Przez chwilę trudno było się dogadać, ale ostatecznie wszystko się udało i zawiózł nas prosto pod nasz nocleg.
Tym razem mamy chyba najgorszy nocleg całego wyjazdu. Nasz pokój ma około 5 metrów kwadratowych, a do tego dochodzi może metr kwadratowy łazienki. Jest naprawdę bardzo mały. Z drugiej strony Hongkong jest specyficznym miejscem pod względem cen i wielkości mieszkań oraz pokoi. Bardzo dużo noclegów oferuje pomieszczenia mniejsze niż 10 metrów kwadratowych, a za większy pokój trzeba zapłacić czasami dwa czy trzy razy więcej. Uznaliśmy więc, że nie ma większego sensu przepłacać, skoro i tak większość czasu spędzamy poza hotelem. Tym razem najważniejsza była dla nas lokalizacja – jesteśmy bardzo centralnie, blisko metra i w miejscu, z którego łatwo będzie dostać się do większości atrakcji.


Po tak długim dniu nie mieliśmy już jednak ochoty na dalsze zwiedzanie. Wzięliśmy prysznic, kupiliśmy sobie kolację w 7-Eleven – po jogurcie na osobę – i poszliśmy spać.
Discover more from Piotrkowe Wyprawy
Subscribe to get the latest posts sent to your email.

Bardzo podobała mi się ta herbaciarnia wraz z ceremonią parzenia herbaty. Super że mogliście tego doświadczyć. I piękne kosze były na tym pasażu pełnym różności.