Dzień zaczęliśmy o 8:30 od poszukiwań śniadania. Tym razem w naszym „pięknym noclegu nie mieliśmy już śniadania w cenie, więc trzeba było sobie jakoś poradzić. Przemek postawił na sprawdzonego McDonalda, a ja znalazłem niedaleko kawiarnię z bufetem. Generalnie ze śniadaniami w europejskim stylu nie jest tutaj łatwo. Hongkong nie ma takiej kultury śniadaniowej, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni w Europie. Można oczywiście znaleźć kawiarnie i piekarnie, ale klasyczne śniadanie z jajkami, pieczywem i dobrą kawą niekoniecznie czeka na każdym rogu.

Po śniadaniu spotkaliśmy się przy stacji metra Jordan i ruszyliśmy na wyspę Hongkong, czyli do tej części miasta, od której w dużej mierze zaczęła się jego współczesna historia.
Hongkong to nie tylko jedna wyspa, ale cały specjalny region administracyjny Chin, obejmujący m.in. wyspę Hongkong, półwysep Koulun oraz Nowe Terytoria. To właśnie wyspa Hongkong była jednym z najważniejszych punktów, wokół których rozwinęło się miasto znane dziś jako światowe centrum finansowe, handlowe i biznesowe.
Historia brytyjskiej obecności zaczęła się w XIX wieku, po pierwszej wojnie opiumowej. W 1842 roku Chiny przekazały Wielkiej Brytanii wyspę Hongkong, a później brytyjska kontrola objęła kolejne obszary. Przez następne dekady powstało tu jedno z najważniejszych portowych i handlowych centrów Azji.
Dopiero 1 lipca 1997 roku Wielka Brytania przekazała Hongkong Chinom. Od tego momentu Hongkong funkcjonuje jako Specjalny Region Administracyjny Chińskiej Republiki Ludowej, zgodnie z zasadą „jeden kraj, dwa systemy”. I faktycznie, kiedy chodzi się po mieście, widać mieszankę wpływów brytyjskich, chińskich i międzynarodowych.
Podobna historia wydarzyła się w sąsiednim Makau, które przez stulecia znajdowało się pod administracją portugalską. Portugalia przekazała je Chinom 20 grudnia 1999 roku, zaledwie dwa i pół roku po zmianie statusu Hongkongu. Z europejskiej perspektywy to naprawdę niedawna historia.

Naszym pierwszym celem była kolejka Peak Tram. Wysiedliśmy w okolicy jej dolnej stacji i ruszyliśmy na przejażdżkę. To jedna z najbardziej charakterystycznych atrakcji Hongkongu – kolejka linowo-terenowa, która wspina się po bardzo stromym zboczu w kierunku Victoria Peak. Sam przejazd jest stosunkowo krótki, trwa około 7–10 minut, ale wrażenie robi przede wszystkim nachylenie torów. Podczas jazdy budynki i drzewa za oknem wydają się niemal przechylać, a miasto zostaje coraz niżej.
Kolejka dociera do okolic 400 metrów nad poziomem morza, natomiast sam Victoria Peak ma około 552 metrów wysokości. To jeden z najlepszych punktów widokowych w mieście.


Po rozejrzeniu się po okolicy ruszyliśmy na spacer trasą Lugard Road. To malownicza ścieżka biegnąca wokół zbocza góry, z której można podziwiać panoramę Hongkongu, port i gęsto zabudowane dzielnice. Cała pętla wokół góry zajmuje mniej więcej godzinę.
Hongkong jest z jednej strony wielką metropolią, są tu tysiące budynków i port pełen statków, a z drugiej – zielone wzgórza, lasy i ścieżki, na których można na chwilę uciec od miejskiego zgiełku.

Po spacerze złapaliśmy niewielki autobus miejski, który zawiózł nas w okolice słynnego systemu Central–Mid-Levels Escalator. Nazwa brzmi dość technicznie, więc po polsku można to po prostu nazwać systemem ruchomych schodów i chodników w Central. I nie są to zwykłe schody w centrum handlowym! Cały system ma około 800 metrów długości i jest uznawany za najdłuższy na świecie system zewnętrznych, zadaszonych schodów ruchomych. Składa się z 16 odcinków schodów ruchomych i trzech ruchomych chodników. Został zbudowany przede wszystkim po to, by ułatwić mieszkańcom poruszanie się po stromych ulicach miasta.
Jest tylko jeden haczyk: rano, między 6:00 a 10:00, system działa w kierunku w dół, a później – aż do północy – w górę. My trafiliśmy więc na właściwy kierunek i mogliśmy wygodnie wjechać na wyżej położone ulice.
Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w portugalskiej kawiarni na kawę i pastel de nata, czyli słynne portugalskie babeczki z kremem. Co ciekawe, nie była to tylko kawiarnia stylizowana na portugalską. To filia znanej lizbońskiej piekarni, więc mieliśmy okazję przypomnieć sobie smaki Portugalii, tym razem na drugim końcu świata.
Dalej ruchomymi schodami i chodnikami dotarliśmy w okolice Soho. Znajduje się tu mnóstwo restauracji, barów, kawiarni i niewielkich lokali wciśniętych między wysokie budynki. Przechodziliśmy również słynną Hollywood Road, jedną z historycznych ulic tej części miasta.

Kolejnym przystankiem był Tai Kwun, czyli rozległy kompleks historycznych budynków, w których dawniej mieściły się m.in. główny posterunek policji, sąd i więzienie Victoria Prison. Obiekty powstawały od XIX wieku i przez długi czas służyły brytyjskiej administracji kolonialnej. Dzisiaj miejsce zostało odrestaurowane i przekształcone w centrum dziedzictwa, sztuki i kultury. Są tu wystawy, galerie, restauracje, kawiarnie i przestrzenie do organizowania wydarzeń. Stare kolonialne budynki sąsiadują z nowoczesnymi elementami architektury, a całość została zagospodarowana z dużym wyczuciem. Najbardziej osobliwa była dla mnie kawiarnia, w której stoliki ustawiono w dawnych celach więziennych. Siedzi się więc przy kawie w miejscu, w którym kiedyś przebywali więźniowie. Trzeba przyznać, że to dość nietypowy sposób na wykorzystanie historycznej przestrzeni.

Lubię takie miejsca, bo zamiast po prostu wyburzyć stare budynki i postawić kolejne wieżowce, ktoś znalazł dla nich zupełnie nowe zastosowanie. Dzięki temu historia pozostaje częścią współczesnego miasta.
Z Tai Kwun ruszyliśmy do Man Mo Temple, niewielkiej, tradycyjnej świątyni położonej przy Hollywood Road. Jest poświęcona przede wszystkim Manowi, bogu literatury, oraz Mo, bogu wojny. Sama świątynia jest bardzo klimatyczna. W środku wiszą ogromne spiralne kadzidła, a powietrze wypełnia charakterystyczny zapach dymu. Wnętrze jest bogato zdobione, pełne czerwieni, złota i tradycyjnych dekoracji. Najciekawsze jest jednak jej położenie. Świątynia jest dosłownie wciśnięta między olbrzymie budynki, jakby ktoś zostawił niewielki fragment dawnego Hongkongu w samym środku nowoczesnej metropolii.
Właśnie tutaj szczególnie mocno poczułem skalę tego miasta. Spaceruje się wąskimi uliczkami, nad głową ma się ściany wysokich budynków, a pomiędzy nimi potrafią wyrastać wieżowce liczące 30, 40 czy nawet ponad 60 pięter. Niektóre drapacze chmur w Hongkongu mają ponad 300 metrów wysokości, a najwyższe sięgają około 400 metrów. Wrażenie jest niesamowite, szczególnie jeśli – tak jak ja – po raz pierwszy spaceruje się po miejscu, w którym tak wysokie budynki stoją niemal jeden przy drugim. A pomiędzy nimi jest wąska jezdnia. To zupełnie inny rodzaj miejskiej przestrzeni niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni w Europie.

Następnie skierowaliśmy się do przystani Star Ferry. To słynne promy, które od końca XIX wieku przewożą pasażerów pomiędzy wyspą Hongkong a Koulunem, po drugiej stronie portu Victoria. Rejs jest krótki – trwa około 10 minut – ale sam w sobie stanowi jedną z atrakcji miasta. Z pokładu można podziwiać panoramę wieżowców, port, statki i ruch na wodzie.


Po przepłynięciu na drugi brzeg weszliśmy jeszcze na dach galerii handlowej, żeby rozejrzeć się po okolicy. Widoki, szczerze mówiąc, nie zrobiły na nas aż takiego wrażenia, jakiego się spodziewaliśmy.
Później przyszła pora na obiad. Tym razem udało mi się namówić Przemka na restaurację wegetariańską. W podróży staram się szukać takich miejsc, bo lokalna kuchnia nie zawsze oferuje łatwe do znalezienia opcje bez mięsa, a dobrze czasem zjeść coś innego niż typowe dania mięsne czy fast food.
Po obiedzie wróciliśmy nad wodę i ruszyliśmy na promenadę zwaną Aleją Gwiazd. To hongkoński odpowiednik hollywoodzkiego Walk of Fame, poświęcony lokalnemu przemysłowi filmowemu. Na trasie można zobaczyć odciski dłoni znanych aktorów, reżyserów i innych postaci związanych z kinem Hongkongu.
Wśród nich nie mogło zabraknąć Bruce’a Lee. Na końcu promenady stoi jego pomnik, przy którym oczywiście zrobiłem sobie zdjęcie. Bruce Lee urodził się w San Francisco, ale wychował się częściowo w Hongkongu i właśnie z tym miastem jest silnie związana jego kariera filmowa. Stał się jedną z najważniejszych postaci kina sztuk walki i pomógł rozsławić hongkońskie kino na całym świecie.
Co ciekawe, nie odniosłem wrażenia, żeby jego postać była tutaj eksponowana na każdym kroku. Pewnie jest to kwestia czasu – od jego największej sławy minęło już ponad 50 lat.

Z promenady wsiedliśmy do metra i pojechaliśmy do Mong Kok, jednej z najbardziej znanych i gęsto zaludnionych dzielnic Hongkongu. Jest to miejsce kojarzone z zakupami, ulicznym jedzeniem i zatłoczonymi ulicami pełnymi neonów. Szczerze mówiąc, nie znaleźliśmy tam niczego szczególnie wyjątkowego. Mnóstwo sklepików, szyldy, ludzie i typowy miejski chaos. Być może trafiliśmy po prostu na mniej interesującą część dzielnicy, albo byliśmy już trochę zmęczeni całym dniem chodzenia.
Z Mong Kok ruszyliśmy na Ladies Market. Nazwa może sugerować, że to targ przeznaczony głównie dla kobiet, ale w praktyce jest to po prostu popularny targ uliczny z ubraniami, pamiątkami, akcesoriami, gadżetami i różnego rodzaju drobiazgami. Kupiliśmy kilka kolejnych rzeczy, ale spacer pośród straganów i tłumów okazał się dość męczący. Po pewnym czasie wszystkie stoiska zaczynają wyglądać podobnie, a asortyment powtarza się niemal na każdym kroku. W końcu mieliśmy już wystarczająco dużo zakupów i postanowiliśmy wrócić autobusem w okolice naszego noclegu. Po ulicach jeździ tu mnóstwo piętrowych autobusów, bardzo podobnych do tych londyńskich. To jeden z najbardziej widocznych śladów brytyjskiej przeszłości miasta. Podobnie jak w Wielkiej Brytanii, ruch odbywa się tutaj po lewej stronie jezdni.

Po powrocie do noclegu ogarnęliśmy trochę zaległych spraw, a następnie wyszliśmy na kolację do restauracji tybetańskiej. Na koniec zajrzeliśmy jeszcze na Temple Street Night Market, czyli kolejny słynny nocny targ Hongkongu. I tutaj spotkało nas pewne déjà vu. Stragany, tłumy i praktycznie ten sam asortyment, który widzieliśmy wcześniej na Ladies Market. Kolejne pamiątki, ubrania, akcesoria i różne drobiazgi.
Ja osobiście nie zostałem fanem tego państwa-miasta.
Discover more from Piotrkowe Wyprawy
Subscribe to get the latest posts sent to your email.
Brak komentarzy