12.10 Z Fenghuang do Wulingyuan

2026 Korea - Tajwan - Chiny By paź 13, 2026 1 Komentarz

Dzień zaczęliśmy od śniadania na dachu naszego hotelu. Śniadanie było mocno w chińskim stylu…

Zupa, jajka i bułka na parze…

Kolejną misją było poszukiwanie kawy, ponieważśniadanie jej nie obejmowało. Okazuje się, że w Chinach kultura picia kawy wciąż nie jest tak powszechna jak w Europie. Starsze pokolenie praktycznie jej nie pije, a wśród młodszych popularność kawy zależy przede wszystkim od miejsca. W większych miastach kawiarnie stają się coraz bardziej popularne, ale w mniejszych turystycznych miejscowościach nadal trzeba się czasem trochę naszukać, żeby znaleźć przyzwoitą kawę. Na szczęście było warto. Kawa okazała się smaczna, a do tego mieliśmy widok na rzekę i stare budynki, których balkony i tarasy podtrzymywane są przez drewniane pale wbite w wodę.

Za dnia całe miasteczko robiło znacznie przyjemniejsze wrażenie niż wieczorem. Było cicho, spokojnie, bez kakofonii muzyki dobiegającej z kolejnych lokali. Można było wreszcie zobaczyć jego nieco bardziej autentyczne oblicze. Mimo to nie znaleźliśmy niczego, co przekonałoby nas do pozostania tu dłużej, więc zgodnie z pierwotnym planem postanowiliśmy ruszyć dalej około południa.

Hotel zaoferował nam transport na stację szybkiej kolei, co było o tyle wygodne, że nie musieliśmy samodzielnie organizować przejazdu z bagażami. Dopiero na koniec zrozumieliśmy, skąd brała się ta wyjątkowa uprzejmość. Przed odjazdem dostaliśmy jeszcze opakowanie lokalnych słodyczy, a zaraz potem pojawiła się prośba o wystawienie pozytywnej opinii w aplikacji, przez którą rezerwowaliśmy nocleg, najlepiej z najwyższą oceną.

Sam przejazd przebiegł sprawnie. Po dotarciu na dworzec po raz kolejny uderzyła nas jego monumentalna skala. Ogromny budynek, przestronna hala, a ludzi jak na lekarstwo.

Zauważyliśmy też kolejną rzecz, która zaczyna nam się kojarzyć z Chinami: McDonald’sy. Są tutaj wyjątkowo obecne właśnie na dworcach. Tym razem właśnie tam zjedliśmy coś w rodzaju obiadu przed podróżą.

Pociąg mieliśmy zaplanowany na około 12:40, ale Przemek na miejscu znalazł możliwość bezpłatnej zmiany rezerwacji na połączenie odjeżdżające kilkanaście minut wcześniej. Dzięki temu nie musieliśmy niepotrzebnie siedzieć na dworcu i mogliśmy szybciej ruszyć w dalszą drogę. Przejazd trwał około godziny. Szybka kolej w Chinach to naprawdę imponujący środek transportu. Momentami jechaliśmy ponad 300 km/h, a mimo to podróż była komfortowa i bardzo spokojna. Wysiedliśmy na stacji Zhangjiajie West, skąd musieliśmy jeszcze przesiąść się do autobusu jadącego do Wulingyuan. To właśnie tam znajduje się jedna z głównych bram wejściowych do Parku Narodowego Zhangjiajie, słynącego z charakterystycznych, strzelistych formacji skalnych, które stały się inspiracją dla krajobrazów z filmu „Avatar”.

Przejazd autobusem zajął nam około pół godziny. Potem wystarczyło już przejść pieszo do naszego hotelu, położonego niedaleko East Gate, czyli wschodniego wejścia do parku. Standard noclegu jest nieco niższy niż w poprzednim miejscu, ale nadal jest przyjemnie i nie mamy większych powodów do narzekania. Miłym zaskoczeniem była pani na recepcji, która mówiła trochę po angielsku. Po spisaniu naszych paszportów od razu zaproponowała pomoc w zakupie biletów do parku na kolejny dzień. Niestety, im więcej nam tłumaczyła, tym większy robił się zamęt. Dostawaliśmy nieco sprzeczne informacje i trudno było zrozumieć, co właściwie powinniśmy kupić. Zaczęliśmy podejrzewać, że bardziej zależy jej na sprzedaniu nam dodatkowych atrakcji niż na wyjaśnieniu, jak działa cały system. A ten wcale nie jest szczególnie skomplikowany, jak się okazało nieco później. Kupuje się bilet wstępu do parku, który obejmuje również przejazdy autobusami kursującymi między poszczególnymi punktami. Natomiast kolejki linowe i słynna winda, którą można wjechać na górę, są płatne osobno. Recepcjonistka próbowała nam sprzedać pakiet zawierający między innymi kolejkę linową w miejscu, które zupełnie nie pasowało do naszego planu. Podziękowaliśmy więc za pomoc, zostawiliśmy bagaże i postanowiliśmy załatwić wszystko samodzielnie.

Poszliśmy do East Gate, gdzie czekała nas kolejna niespodzianka. Pani w kasie również mówiła po angielsku, i to na tyle dobrze, że bez większych problemów kupiliśmy bilety i dowiedzieliśmy się wszystkiego, co było nam potrzebne. Okazało się, że bilet do parku jest ważny przez cztery dni.


Po zakupie biletów Przemek od razu wszedł do parku, bo nie było przeszkód, żeby rozpocząć zwiedzanie jeszcze tego samego dnia. W ten sposób wykorzystał już pierwszy dzień z czterech dostępnych. Ja niestety musiałem wrócić do hotelu, ponieważ czekała mnie rozmowa służbowa. Kiedy skończyłem, Przemek wrócił już z parku i mogliśmy razem wyjść na miasto coś zjeść. Wulingyuan po zmroku przypominało nam trochę Fenghuang. Budynki są efektownie podświetlone na żółto, a na ulicach nie brakuje dodatkowych atrakcji. Jest między innymi śpiewający most, są fontanny wyrzucające wodę w rytm muzyki i sporo restauracji, które próbują przyciągnąć turystów.



Przeszliśmy się główną ulicą i znaleźliśmy restaurację, w której siedziało sporo ludzi. To zwykle dobry znak, więc postanowiliśmy spróbować. Zamówiliśmy zdecydowanie za dużo jedzenia i ostatecznie nie byliśmy w stanie wszystkiego przejeść, ale samo jedzenie było całkiem niezłe. Ja zdecydowałem się na podsmażane tofu, a do tego spróbowaliśmy lokalnego alkoholu. Początkowo chcieliśmy zamówić wino ryżowe, ale akurat się skończyło. W zamian dostaliśmy niewielką buteleczkę lokalnego trunku o mocy 53 procent. Smakował jak wyjątkowo niedobry bimber, więc jego degustacja nie należała do największych przyjemności tego wyjazdu. Ledwo daliśmy radę go wypić. Fuj!

Po kolacji przeszliśmy się jeszcze trochę po okolicy. Trafiliśmy również na miejsce, w którym organizowane jest wieczorne widowisko, ale i tym razem nie zdecydowaliśmy się na zakup biletów. Po całym dniu podróży, załatwiania spraw i pierwszych wrażeń związanych z nowym miejscem mieliśmy już ochotę odpocząć. Do hotelu wróciliśmy więc dość wcześnie.

Podczas kolejnych dni w Chinach coraz częściej zwracamy uwagę na różnice kulturowe, które trudno dostrzec podczas krótkiego pobytu w jednym miejscu. Jedną z rzeczy, która szczególnie rzuca nam się w oczy, jest podejście do higieny. Chińczycy często bardzo dbają o to, żeby nie dotykać jedzenia bezpośrednio rękami. Kiedy na ulicznym stoisku sprzedawczyni podaje sok ze słomką, chwyta ją przez foliową rękawiczkę albo w taki sposób, żeby nie dotykać jej palcami. Z kolei osoby jedzące przekąski kupione wcześniej często zakładają jednorazowe foliowe rękawiczki, podobne do tych, które znamy z polskich sklepów spożywczych, gdzie służą do nakładania pieczywa. Widać, że takie rozwiązania są tutaj czymś zupełnie normalnym.

Zauważamy też wyraźną różnicę w zachowaniu ludzi w porównaniu z Koreą Południową, którą odwiedziliśmy niedawno. Nasze dotychczasowe doświadczenia z Chin są takie, że ludzie sprawiają wrażenie mniej uprzejmych i mniej skłonnych do uwzględniania potrzeb innych. Najłatwiej dostrzec to na drogach. Skuter potrafi jechać środkiem pasa i zajmować całą jego szerokość, mimo że mógłby zjechać na bok i ułatwić przejazd samochodom.

Nie widać też szczególnego otwarcia na zagranicznych turystów. Menu w języku angielskim należą do rzadkości, podobnie jak angielskie napisy i oznaczenia poza głównymi atrakcjami turystycznymi. Zdecydowana większość osób, z którymi mamy kontakt, praktycznie nie mówi po angielsku. W rezultacie niemal cała komunikacja odbywa się za pomocą Google Translate lub innego tłumacza.

Co ciekawe, jednocześnie Chińczycy potrafią być niezwykle skuteczni w porozumiewaniu się bez wspólnego języka. Oni mówią po chińsku, my po polsku, do tego dochodzą gesty, pokazywanie na palcach, rysowanie i wskazywanie konkretnych rzeczy. I nagle okazuje się, że można w ten sposób załatwić niemal wszystko. Nie jest to wcale tak oczywista umiejętność, jak mogłoby się wydawać. Wyobrażam sobie, że w Polsce osoby, które nie mówią po angielsku, często miałyby większy problem z przekazaniem informacji za pomocą samych gestów. Podobne doświadczenia mam z wieloma innymi krajami, które odwiedziłem w Azji, choćby z Tajlandią, gdzie chęć i umiejętność takiego niewerbalnego dogadywania się wydawały mi się znacznie mniejsze. W Chinach, mimo bariery językowej, ludzie często potrafią znaleźć sposób, żeby się z nami porozumieć.

Jest jeszcze jedna rzecz, która mocno nam przeszkadza: palenie papierosów. Wrażenie jest takie, że palić można niemal wszędzie, a dym często towarzyszy nam podczas spacerów po mieście czy przebywania w różnych lokalach i przestrzeniach publicznych. Wyjątkiem są pociągi, w których palenie jest zabronione. Dla osób niepalących jest to dość uciążliwy element codzienności w Chinach i jedna z tych różnic, które trudno zignorować podczas podróży.


Discover more from Piotrkowe Wyprawy

Subscribe to get the latest posts sent to your email.

1 Komentarz

  1. Magda pisze:

    Jedzonko wygląda smakowicie. Piękne widoki, kolory na wodzie.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *