13.10 Góry Avatara – Park Zhangjiaje

2026 Korea - Tajwan - Chiny By paź 13, 2026 2 komentarze

Dzień zaczęliśmy od pobudki o 6:10. Już po 6:30 byliśmy na śniadaniu, bo mieliśmy przed sobą intensywny dzień, a bilety do parku kupiliśmy na konkretny przedział czasowy, między 7:00 a 8:00. Ostatecznie dotarliśmy do wejścia East Gate parku Zhangjiajieokoło 7:30, bo jak zwykle trochę nam zeszło z przygotowaniami.

Park Narodowy Zhangjiajie jest to jeden z najbardziej niezwykłych parków narodowych w Chinach., będący częścią większego obszaru krajobrazowego Wulingyuan, zajmuje około 48 km², a cały obszar krajobrazowy Wulingyuan obejmuje ponad 260 km². Najbardziej charakterystyczne są tu setki, a właściwie tysiące smukłych, pionowych kolumn skalnych, które wyrastają z gęstych lasów i często giną w chmurach. Powstały w wyniku milionów lat procesów geologicznych, przede wszystkim wietrzenia i erozji piaskowców, które stopniowo rzeźbiły skały, pozostawiając wysokie, odizolowane filary. To właśnie te krajobrazy stały się inspiracją dla jednych z najbardziej rozpoznawalnych scenerii filmu „Avatar” (góry Pandory).

Na wejściu czekała nas szybka kontrola bezpieczeństwa i prześwietlenie bagaży. Potem wsiedliśmy do autobusu, który przewiózł nas kilka kilometrów dalej, wzdłuż podłużnego jeziora Suo Xi, w kierunku pierwszej atrakcji. Czekała nas przejażdżka słynną windą Bailong, zbudowaną na pionowej ścianie skalnej. To jedna z najbardziej niezwykłych konstrukcji tego typu na świecie, a jej wysokość robocza wynosi 326 metrów. Kolejka była całkiem spora, ale przesuwała się sprawnie, więc po niedługim czasie znaleźliśmy się w środku. Początkowo winda poruszała się wewnątrz skalnego szybu, ale po chwili wyjechała na zewnątrz, na konstrukcję przymocowaną do ściany góry. Przez przeszklone ściany zaczęliśmy widzieć wyrastające z doliny potężne, pionowe skały. Widok był niesamowity i już wtedy pojawiło się pierwsze tego dnia „och” i „ach”. A przecież dopiero zaczynaliśmy.

Pierwsze skalne formacje

Na górze przesiedliśmy się do kolejnego autobusu, który zawiózł nas w okolice Yuanjiajie, jednej z najbardziej spektakularnych części parku. To właśnie tutaj znajdują się słynne formacje skalne kojarzone z filmem „Avatar”, w tym Hallelujah Mountain, inspirowana charakterystycznym skalnym filarem znanym jako Southern Sky Column.

Góra Avatara

Zamiast klasycznego trekkingu czekał nas spacer po rozbudowanej sieci ścieżek, schodów i tarasów widokowych. Raz schodziliśmy w dół, za chwilę wspinaliśmy się na kolejny punkt, a później znów przemieszczaliśmy się wzdłuż zbocza, żeby zobaczyć następne formacje z innej perspektywy. Oznakowanie tras bywało lepsze lub gorsze, ale ostatecznie po prostu podążaliśmy za ścieżkami i kolejnymi drogowskazami.

Z czasem całkowicie straciliśmy rachubę, ile już przeszliśmy i ile punktów widokowych odwiedziliśmy. Trudno zresztą skupiać się na takich szczegółach, kiedy dookoła rozciągają się krajobrazy, jakich ani ja, ani Przemek wcześniej nie widzieliśmy. Setki smukłych, pionowych kolumn z piaskowca, wyrastających z zielonych dolin i ginących gdzieś wysoko w powietrzu, tworzą scenerię, która momentami wygląda wręcz nierealnie. Każdy kolejny punkt widokowy sprawiał, że zatrzymywaliśmy się na dłużej, robiliśmy zdjęcia, nagrywaliśmy filmy i po prostu chłonęliśmy to, co widzimy. Niektóre miejsca są tak niezwykłe, że trudno oddać ich skalę na zdjęciu. Dopiero stojąc na krawędzi tarasu i patrząc na te wszystkie skały, można zrozumieć, jak monumentalny jest to krajobraz.


Po zwiedzeniu Yuanjiajie wsiedliśmy do autobusu i ruszyliśmy do kolejnej części parku, czyli Yangjiajie. Tutaj czekała nas nieco bardziej wymagająca wędrówka. Ruszyliśmy w stronę Wulong Village, choć nazwa może być nieco myląca, bo nie chodzi o typową wioskę z domami, jakich można by się spodziewać. To przede wszystkim skalna twierdza, do której prowadzą wąskie, strome przejścia. Szczególnie zapamiętamy przejścia pomiędzy skałami. W niektórych miejscach szczeliny były tak wąskie, że musiałem przeciskać się bokiem, oczywiście bez plecaka. Miejscami szerokość przejścia wynosiła zaledwie około 30–50 centymetrów.

Następnie wspięliśmy się na Tianbo Mansion, czyli jeden z najbardziej widowiskowych punktów widokowych w tej okolicy. Sama nazwa może sugerować jakiś budynek, ale w rzeczywistości jest to skalny szczyt z platformą widokową. Widok stamtąd był jeszcze bardziej niesamowity. Znowu stanęliśmy, wyciągnęliśmy telefony i aparaty, nagrywaliśmy kolejne filmy, robiliśmy zdjęcia i zachwycaliśmy się tym, co mieliśmy przed oczami. W takich miejscach człowiek właściwie co chwilę mówi sobie, że czegoś takiego jeszcze nie widział. I za chwilę powtarza to samo, bo pojawia się kolejna panorama.

Po zejściu wróciliśmy do autobusu i pojechaliśmy dalej, tym razem w stronę Tianzi Mountain. Tutaj krajobraz zmienił się po raz kolejny. Znaleźliśmy się na wysokości, z której mogliśmy patrzeć na skalne szczyty niemal z góry, ponad ich wierzchołkami i otaczającymi je lasami. Jednym z punktów na trasie był Yubi Peak, czyli charakterystyczna formacja skalna przypominająca kształtem ponoć pędzle do kaligrafii. Znajduje się ona w rejonie Helong Park, gdzie można zobaczyć również imponujący pomnik z brązu przedstawiający He Longa, jednego z najważniejszych chińskich dowódców wojskowych i marszałka Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej.


Co ciekawe, na tym górskim szczycie, pośród niezwykłych formacji skalnych i punktów widokowych, znaleźliśmy również McDonald’s. Trzeba przyznać, że widok popularnej sieci fast foodów w takim miejscu był dość zaskakujący. Zdecydowaliśmy się tam zjeść, ponieważ znalezienie sensownego posiłku wegetariańskiego w Chinach nie jest łatwe. Często jedzenie jest mocno smażone, pływa w tłuszczu albo zawiera składniki, których nie potrafimy zidentyfikować. W McDonaldzie przynajmniej wiemy, czego się spodziewać.

To chyba moja pierwsza podróż, podczas której tak często odwiedzam McDonald’s. Paradoksalnie jednak, jeśli wybieram odpowiednią kanapkę, na przykład z rybą, mogę przynajmniej dostarczyć organizmowi trochę białka i mieć pewność co do podstawowego składu posiłku. Nie twierdzę, że to idealne rozwiązanie żywieniowe, ale w podróży czasami trzeba szukać kompromisów, zwłaszcza kiedy alternatywą jest przypadkowe jedzenie smażone w głębokim tłuszczu.

Po posiłku skierowaliśmy się do górnej stacji kolejki linowej Tianzi Mountain. Zjazd był naprawdę imponujący, bo kolejka pokonuje około 700 metrów różnicy wysokości, a sama góra w najwyższych punktach przekracza 1200 metrów nad poziomem morza. W ciągu kilku minut znaleźliśmy się znacznie niżej, a potem sprawnie przesiedliśmy się do autobusu, który zawiózł nas z powrotem do East Gate, czyli wschodniej bramy parku, przez którą rano rozpoczęliśmy naszą wyprawę.

Zjazd wagonikiem kolejki linowej

Do hotelu mieliśmy zaledwie kilkanaście minut spacerem. Odebraliśmy bagaże, a gospodarze, jak to już zdarzało się nam wcześniej w Chinach, poprosili nas o wystawienie dobrej opinii. W ramach podziękowania dostaliśmy jeszcze drobne prezenciki.

Na dworzec autobusowy postanowiliśmy pojechać taksówką, mimo że dzieliło nas od niego zaledwie około 800 metrów. Po całym dniu chodzenia po schodach i górskich ścieżkach nie mieliśmy już ochoty ciągnąć ciężkich walizek. I tutaj wydarzyła się kolejna ciekawostka: przejazd kosztował mnie dokładnie 70 groszy. Była to najtańsza taksówka w moim życiu.


Co więcej, zanim zdążyliśmy porządnie dojść do dworca, akurat podjeżdżał autobus do centrum Zhangjiajie. Kierowca zatrąbił, pomachał nam i najwyraźniej od razu zorientował się, dokąd chcemy jechać. Wsiedliśmy i ruszyliśmy w drogę. Podróż trwała ponad godzinę, częściowo przez korki, a dystans wcale nie był mały.

Po dotarciu do centrum wzięliśmy kolejną taksówkę, również kosztującą zaledwie kilkadziesiąt groszy. Niestety tym razem pomyliłem adresy i zamiast pod nasz hotel trafiliśmy w inne miejsce. Musieliśmy więc zamówić jeszcze jeden przejazd, za około złotówkę, żeby w końcu dotrzeć tam, gdzie trzeba.

Znowu podobny pokój i standard

Zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy na poszukiwanie kolacji, bo zrobiło się już mocno po 19:00. Znaleźliśmy restaurację oznaczoną jako Vegetarian Friendly, co w naszych warunkach podróżowania od razu brzmi zachęcająco. Jedzenie okazało się całkiem smaczne, więc po całym dniu pełnym wrażeń mogliśmy wreszcie spokojnie usiąść i coś zjeść. Potem wróciliśmy do hotelu, żeby odpocząć.

Ryż, brokuły z krewetkami i herbata



Komentarz do dzisiejszego zwiedzania.
Pomimo niesamowitych widoków w wielu miejscach panował spory tłok, szczególnie w okolicach najpopularniejszych punktów. Spotykaliśmy całe chińskie wycieczki, grupy prowadzone przez przewodników i tłumy turystów przemieszczających się między kolejnymi atrakcjami. Co ciekawe, pierwszy raz od początku pobytu w Chinach zobaczyliśmy też tak duże skupisko białych turystów. Zdecydowanie wyróżniali się Rosjanie, których było naprawdę dużo, ale spotkaliśmy również sporo osób mówiących po hiszpańsku. Część mogła pochodzić z Hiszpanii, a część zapewne z Ameryki Południowej, choć tego oczywiście nie sposób było stwierdzić z całą pewnością.



Obserwacja dotycząca codziennego życia w Chinach.

Odkąd tu jesteśmy, niemal wszystkie posiłki jemy pałeczkami. W restauracjach praktycznie nie ma sztućców, przynajmniej nie takich, jakie znamy z Europy. Dzisiaj na śniadaniu wyjątkowo jedliśmy widelcem, ale poza tym pałeczki towarzyszą nam właściwie przy każdym posiłku. Jemy nimi już naprawdę sprawnie.

I jeszcze jedna obserwacja.

W Chinach w wielu miejscach nie trzeba zeskanować biletu czy okazać paszportu. Czasami system po prostu rozpoznawał naszą twarz i od razu potwierdzał, że mamy prawo wejścia. Przy niektórych bramkach nie musieliśmy więc pokazywać absolutnie niczego. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy to nie jest przypadkiem rozwiązanie, które ma swoje ogromne zalety. Kupujemy bilet, a potem nie musimy pamiętać, gdzie go zapisaliśmy, martwić się, że go zgubiliśmy albo że nie mamy internetu, żeby odnaleźć wiadomość z potwierdzeniem. Wystarczy nasza twarz i system wie, że wszystko się zgadza. Z drugiej strony takie rozwiązanie daje ogromne możliwości śledzenia tego, gdzie człowiek wchodzi, co robi i w jakich miejscach przebywa. My w Europie wciąż możemy kupować bilety i uczestniczyć w różnych wydarzeniach bez konieczności przypisywania każdej aktywności do naszej tożsamości. Tutaj wygoda i potencjalna inwigilacja idą ze sobą w parze. I to jest właśnie jeden z tych momentów, kiedy podczas podróży zaczynamy dostrzegać, jak bardzo różne potrafią być systemy, w których funkcjonujemy.

Kiwano, czyli ogórek afrykański Nowy owoc, który dziś próbowałem.


Discover more from Piotrkowe Wyprawy

Subscribe to get the latest posts sent to your email.

2 komentarze

  1. Magda pisze:

    przepiękne te formacje skalne i widoki. A powiązanie z moim ulubionym Avatarem dodaje jeszcze wartości. Za to nie podoba mi się ta totalna inwigilacja. Trzymają swoich mieszkańców w ciągłym szachu. Żal mi szczerze tych Chińczyków.

  2. Magda pisze:

    Jeszcze zapytam. Moją uwagę zwróciły bardzo ładne barierki w parku. Wyglądają na drewniane ale podejrzewam że są z tworzywa. Jaka jest prawda?

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *