Dzisiaj wykorzystaliśmy lokalizację naszego hotelu, żeby zaraz po przebudzeniu pójść dosłownie na drugą stronę ulicy, do kas biletowych atrakcji zaplanowanej na ten dzień, czyli Tianmen Mountain. Kasy otwierały się o 7:30, więc wstaliśmy chwilę wcześniej, żeby kupić bilety. Były wyjątkowo drogie jak na nasze dotychczasowe doświadczenia w Chinach – w przeliczeniu około 160 złotych za osobę. Pojawił się jeszcze jakiś problem z płatnością (ach te chińskie aplikacje do płacenia), ale ostatecznie udało się wszystko załatwić i wróciliśmy do hotelu na śniadanie.
Plan zakładał wjazd na górę słynną kolejką linową, której dolna stacja znajduje się właśnie w centrum Zhangjiajie. Niestety trafiliśmy na okres remontów i kolejka była nieczynna, więc musieliśmy skorzystać z komunikacji zastępczej. Chwilę przed dziewiątą byliśmy w miejscu odjazdu autobusów i pojechaliśmy do podnóża innej kolejki linowej, która zabrała nas wyżej. Stamtąd czekało nas wejście po 999 schodach prowadzących do ogromnego, charakterystycznego skalnego łuku, znanego jako Tianmen Cave, czyli Brama Niebios. To jedna z najbardziej rozpoznawalnych atrakcji całego regionu. Liczba 999 nie jest przypadkowa – w chińskiej tradycji dziewiątka symbolizuje długowieczność, wieczność i pomyślność, a jej wielokrotne powtórzenie ma dodatkowo podkreślać wyjątkowy charakter tego miejsca. Sam skalny łuk powstał w wyniku naturalnych procesów geologicznych i robi ogromne wrażenie, szczególnie kiedy patrzy się na niego z dołu.
Alternatywnie można skorzystać z windy albo innych schodów ruchomych, ale nie korzystaliśmy z tych rozwiązań, więc nie wiemy dokładnie, jak wyglądają.
Po pokonaniu 999 schodów dotarliśmy do skalnego łuku, a dopiero później wsiedliśmy na siedem odcinków schodów ruchomych, które prowadziły jeszcze dalej w górę. Swoją drogą – oryginalny sposób na dostanie się na szczyt góry, nieprawdaż? Każdy odcinek był dość długi, a obok siebie znajdowały się trzy ciągi schodów. Kiedy jechaliśmy w górę, dwa działały w tym kierunku, a jeden w dół.


Tianmen Mountain słynie nie tylko z tego skalnego okna, ale również z wysokich, stromych ścian skalnych, górskich panoram, krętej drogi prowadzącej na szczyt oraz przeszklonych ścieżek i mostków zawieszonych nad przepaścią. To jedno z tych miejsc w Chinach, które mają robić wrażenie zarówno samą przyrodą, jak i sposobem zagospodarowania terenu pod turystykę.

Przez cały czas towarzyszyły nam niezliczone rzesze Chińczyków, przede wszystkim uczestnicy zorganizowanych wycieczek. I właśnie tutaj nasunęło nam się sporo uwag na temat zachowania miejscowych turystów. Przede wszystkim są bardzo głośni. Nawet kiedy stoją tuż obok siebie, potrafią praktycznie krzyczeć do siebie nawzajem, zupełnie jakby nie zauważali, że wokół znajdują się inni ludzie, którym może to przeszkadzać.
Druga sprawa to sposób poruszania się. W miejscach turystycznych często trafiamy na wąskie przejścia, szerokie zaledwie na kilka osób. Chińczycy potrafią zająć całą ich szerokość, rozmawiać, robić zdjęcia, zatrzymywać się, odwracać i nagle zmieniać kierunek. Przejście taką trasą staje się przez to bardzo uciążliwe. Na szlakach dwukierunkowych również nie istnieją żadne zasady, np. aby trzymać się prawej strony i umożliwiać innym swobodne przejście. Każdy próbuje przecisnąć się tam, gdzie akurat ma ochotę. Do tego dochodzi przepychanie się w kolejkach. Kiedy wchodziliśmy do wagonika kolejki, ludzie ruszyli biegiem, jakby ktoś wypuścił zwierzęta z zagrody i ogłosił wyścig do ostatniego wolnego miejsca. Nie jest to przyjemne doświadczenie, zwłaszcza kiedy człowiek próbuje spokojnie zwiedzać. Do tego spora część Chińczyków, mówiąc dosłownie śmierdzi. I żebym nie wyszedł na jakiegoś rasistę, Polakom również brakuje sporo do miana Pachnącego Narodu, ale akurat jestem w Chinach, więc opisuję tutejszą rzeczywistość.
Mam teorię, że powyższe zachowania, przynajmniej częściowo, mogą wynikać ze sposobu funkcjonowania tutejszego społeczeństwa. Mam wrażenie, że władze traktują ludzi przede wszystkim jako wielką zbiorowość, a nie zbiór indywidualnych jednostek. Być może przekłada się to na wzajemne relacje i mniejsze zwracanie uwagi na komfort innych osób.
Osobnym problemem są przewodnicy zorganizowanych grup. Część korzysta ze słuchawek, dzięki którym uczestnicy wycieczki mogą słuchać opowieści bez konieczności podnoszenia głosu. Jednak mniej więcej połowa przewodników używa przenośnych głośników i po prostu mówi do nich na cały regulator. W efekcie z każdej strony dobiegają chińskie opowieści, nawoływania i rozmowy. Robi się z tego kompletny harmider, a przenywanie w takim hałasie dalekie jest od przyjemności.
Ale wracając do akcji… Po pokonaniu schodów ruchomych rozpoczęliśmy zwiedzanie górnej części Tianmen Mountain. Niestety pogoda od samego rana nie była po naszej stronie. Prognozy wskazywały deszcz dopiero od godziny 13–14, tymczasem padało już wtedy, kiedy wychodziliśmy z hotelu. Do tego źle dobraliśmy ubrania, jak jacyś amatorzy! Nie przewidzieliśmy, jak bardzo może być zimno podczas deszczu. Szczyt znajdował się ponad 1km powyżej poziomu miasta, więc temperatura była niższa o kilka stopni, a do tego wiał momentamu silny wiatr. Założyliśmy kurtki przeciwdeszczowe i ruszyliśmy zwiedzać, ale warunki były naprawdę nieprzyjemne.
Chcieliśmy dotrzeć do przeszklonego mostku, jednak orientacja w terenie okazała się zaskakująco trudna. Co chwilę trafialiśmy na kolejne mapki, które wyglądały inaczej, a informacje na nich nie zawsze zgadzały się z oznaczeniami na kierunkowskazach. Brakowało nam spójnego systemu oznakowania i jasno wyznaczonych tras. Zamiast prostych wskazówek, w którą stronę iść, pojawiały się różne nazwy miejsc, nie zawsze zgodne z tymi na mapach. W rezultacie przez pomyłkę poszliśmy zupełnie w przeciwnym kierunku, niż zamierzaliśmy.
Ostatecznie dotarliśmy do innego szklanego mostku, ale tutaj czekała nas kolejna niespodzianka. Pomimo dość wysokiej ceny biletu wstępu na cały teren trzeba było dodatkowo zapłacić za wejście na tę konkretną atrakcję – w przeliczeniu – 3zł. Niewiele, ale… po co?! Znowu oznaczało to stanie w kolejce, uruchamianie aplikacji, dokonywanie kolejnej płatności i przechodzenie przez bramki. To było dla nas zupełnie niepotrzebne i logistycznie bezsensowne.
Z powodu pogody i coraz większego zimna długo zastanawialiśmy się, czy wracać, czy jednak kontynuować zwiedzanie. Postanowiliśmy przejść jeszcze kawałek w inną stronę, ale widoczność była tak słaba, że właściwie nie miało to większego sensu. Znajdowaliśmy się wysoko w górach, gdzie powinny rozciągać się niesamowite panoramy, tymczasem przez otaczające nas chmury widzieliśmy jedynie niewielki fragment krajobrazu i pojedyncze szczyty. Ostatecznie uznaliśmy, że nie ma sensu marznąć dalej, i zaczęliśmy wracać.

Mieliśmy też dodatkową motywację, żeby nie przeciągać pobytu na górze w nieskończoność, ponieważ doba hotelowa kończyła nam się o 14:00. To zresztą wyjątkowo długi czas jak na hotel, ale od początku wiedzieliśmy, że możemy nie zdążyć wrócić. Rano zapytaliśmy więc o możliwość przedłużenia pobytu. Okazało się, że kosztuje to 30 juanów za godzinę, czyli około 17 złotych. Bardzo rozsądna cena, która pozwoliła nam spokojnie przedłużyć pobyt o kilka godzin i nie martwić się, że nie zdążymy wrócić, wykąpać się i spakować.
Zaczęliśmy wracać w kierunku siedmiu odcinków schodów ruchomych. Kiedy dotarliśmy do wejścia, zobaczyliśmy przed sobą kolejkę ciągnącą się na jakieś 200–300 metrów. Ludzie stali na zewnątrz, w deszczu i zimnie, a kolejka posuwała się bardzo powoli. Kiedy w końcu dotarliśmy do pierwszego odcinka schodów, okazało się, że jeden ciąg jest całkowicie wyłączony, a z dwóch pozostałych jeden jechał w górę, a drugi w dół. Kompletnie nie rozumieliśmy, dlaczego w takiej sytuacji nie uruchomiono dodatkowego ciągu w dół, żeby sprawniej przetransportować ludzi, którzy z powodu pogody chcieli jak najszybciej opuścić górę. Organizacja całego ruchu wydawała nam się absurdalna, szczególnie że na zewnątrz stały setki osób.

Później czekało nas jeszcze zejście po około tysiącu schodów, następnie kolejka do kolejnej kolejki linowej, a potem oczekiwanie na autobus. W końcu dotarliśmy do hotelu około 15:00. Wykąpaliśmy się, spakowaliśmy rzeczy i wreszcie rozpoczął się nasz „czas wolny”. Najpierw poszliśmy coś zjeść. Dostaliśmy naprawdę olbrzymie porcje, co zresztą zdarza się tutaj regularnie. Kolejna obserwacja dotycząca chińskiej kuchni jest taka, że na nasz gust potrawy bywają bardzo słabo doprawione, a dania wegetariańskie potrafią być wyjątkowo monotonne. Zamówiłem na przykład smażone tofu i dostałem właściwie samo tofu, do tego miseczkę ryżu i odrobinę jakiegoś zielonego dodatku. I to było w zasadzie wszystko. Niebardzo smaczne.

Lotniskowe tematy załatwiliśmy sprawnie, lot do Xian był o czasie. Jednak w czasie 1,5h lotu byly okropne turbulencje, chyba największe, jakie do tej pory miałem.
Na lotnisku w Xian również wszystko poszło bardzo sprawnie, ponieważ był to lot krajowy i właściwie obyło się bez żadnych dodatkowych kontroli. Bagaże odebraliśmy bez problemu i po wyjściu ze strefy odbioru zaczęliśmy rozglądać się za autobusem do miasta. Informacje były jednak tak nieczytelne, że ostatecznie postanowiliśmy zamówić taksówkę. Pomimo że do pokonania mieliśmy ponad 30 kilometrów, przejazd miał kosztować około 50 złotych. Zamówiłem samochód, kierowca szybko się pojawił (na mapce w aplilacji) i ruszyliśmy w stronę miejsca, w którym powinny zatrzymywać się auta. Na parkingu było wyraźne rozgraniczenie na zwykłe taksówki oraz te zamawiane przez Didi, czyli tutejszy odpowiednik Ubera. Najpierw poszedłem do miejsca przeznaczonego dla taxi, ale naszego auta tam nie było. Potem sprawdziłem drugie miejsce, również bez skutku. Do tego mieliśmy problemy z zasięgiem, a aplikacja co chwilę się zawieszała.
W końcu kierowca anulował przejazd, a aplikacja automatycznie przydzieliła nam kolejnego. Znowu czekaliśmy, obserwując, jak samochód zbliża się na mapie. Wreszcie pojawiła się informacja, że kierowca dotarł na miejsce, ale nigdzie nie było widać ani jego, ani samochodu. Nie mieliśmy pojęcia, o co chodzi. Sytuacja powtórzyła się jeszcze raz i tak biegaliśmy jak głupi po całym parkingu, próbując znaleźć auto, które teoretycznie już powinniśmy byli widzieć. Dopiero po jakichś trzydziestu minutach tej gonitwy zagadał nas jakiś facet. Pokazał nam nasze zamówienie w telefonie i kazał iść za sobą. Okazało się, że musimy wjechać na piętro wyżej, mimo że oznaczenia wyraźnie wskazywały poziom B1 jako miejsce odbioru pasażerów. Samochody zatrzymywały się jednak gdzie indziej, niż sugerowały tablice. Wyglądało to tak, jakby kierowcy podjeżdżali w niewłaściwe miejsce, nie mogli nas znaleźć, a następnie anulowali przejazd. I tak w kółko. Po całej tej przeprawie wreszcie wsiedliśmy do samochodu. Do hotelu jechaliśmy chyba około 40 minut, a na miejscu udało nam się w miarę sprawnie zameldować. Wydawało się, że najgorsze mamy już za sobą, ale kiedy zaczęliśmy się myć i przygotowywać do snu, wyszło na jaw, że klimatyzacja nie działa. Poszedłem więc na recepcję z przygotowaną wcześniej wiadomością po chińsku, przetłumaczoną oczywiście przez Google Translate. Wyjaśniłem, że klimatyzacja jest niesprawna. Pani odpowiedziała: „OK, OK”, i zapewniła, że zaraz ktoś przyjdzie ją naprawić. Po chwili pojawił się jakiś starszy pan, poklikał coś przy sterowniku, zresetował urządzenie i wyszedł. Problem jednak nie zniknął. Poszedłem więc na recepcję po raz drugi, żeby wyjaśnić, że klimatyzacja nadal nie działa. Zapłaciliśmy przecież za pokój z klimatyzacją, a w praktyce mieliśmy pokój bez niej. Tym razem rozmowa z recepcjonistką była dłuższa i wymagała sporej wymiany wiadomości przez Google Translate. W końcu dowiedziałem się, że ze względu na niską temperaturę na zewnątrz, wynoszącą około 16 stopni, klimatyzacja w całym hotelu została wyłączona. Sama logika sezonowego wyłączania klimatyzacji może jeszcze miałaby sens, gdyby nie to, że nasz pokój miał malutkie okno, mniej więcej 50 na 50 centymetrów. W środku było duszno i ciepło, a możliwości przewietrzenia pomieszczenia praktycznie żadne. Niezbyt przyjemne warunki do spania, szczególnie po tak długim i męczącym dniu. Tak czy inaczej, kluczowy był dla nas zupełny brak informacji na ten temat wczesnej oraz bezsensowna wymiana zdań o 1:30 w nocy, zamiast jasnej komunikacji, w czym rzecz.
Sporo nerwów kosztowała nas ta cała sytuacja. Najbardziej uderzył nas absurd tego rozwiązania. Przez wszystkie dotychczasowe podróże nie spotkałem się jeszcze z hotelem, który po prostu wyłącza klimatyzację, bo uznaje, że skończył się sezon. Oczywiście rozumiem, że przy niższych temperaturach chłodzenie może nie być potrzebne, ale przecież każdy pokój ma inne warunki, a goście mogą mieć różne potrzeby. W naszym przypadku problemem nie była temperatura na zewnątrz, tylko brak jakiejkolwiek sensownej wentylacji w środku. Ostatecznie napisałem, że następnego dnia chcę porozmawiać z menedżerem hotelu. Na ten moment nie było już sensu ciągnąć dyskusji, więc postanowiłem po prostu iść spać.
Na koniec jeszcze jedna ciekawostka dotycząca chińskich hoteli. Podczas rezerwacji wielokrotnie widzieliśmy do wyboru pokoje bez okna oraz pokoje z oknem. Dla nas, Europejczyków, może się to wydawać dość dziwne, bo jesteśmy przyzwyczajeni, że pokój hotelowy ma okno i nie jest to żadna dodatkowa atrakcja. Tutaj jednak pokój bez okna jest czymś, co można normalnie zarezerwować jako jedną z dostępnych opcji. Nie zdawaliśmy sobie jednak sprawy, że to dopiero pierwsza warstwa tego tematu. Wybraliśmy przecież pokój z oknem, ale okazało się, że okno wychodzi bezpośrednio na ścianę oddaloną o mniej więcej metr. Czyli formalnie okno jest, tylko widoku żadnego, a do tego niewiele światła i praktycznie żadnej możliwości przewietrzenia pokoju. Jak widać, w Chinach nawet przy rezerwacji pokoju z oknem warto jeszcze sprawdzić, co właściwie znajduje się za szybą.
Po tych wszystkich przygodach poszliśmy w końcu spać. Było już sporo po drugiej w nocy.
Discover more from Piotrkowe Wyprawy
Subscribe to get the latest posts sent to your email.

Brak komentarzy