Dzień zaczęliśmy dość wcześnie, bo pobudką o 6:30. O 7:00 poszliśmy na śniadanie, a około 8:00 byliśmy już gotowi do zwiedzania. Nie mieliśmy jednak całego dnia do dyspozycji, ponieważ o 12:30 musieliśmy wyruszyć na dworzec kolejowy. Zostało nam więc zaledwie kilka godzin na zobaczenie ostatnich atrakcji Xi’an.
Na początek skierowaliśmy się w stronę południowej bramy miejskich murów. Stare miasto w Xi’an otacza potężny, prostokątny system fortyfikacji z kilkoma bramami, a południowa znajdowała się najbliżej naszego hotelu. Wstęp na mury jest płatny, ale zdecydowanie warto je zobaczyć, bo ich rozmiary robią ogromne wrażenie. Obecne fortyfikacje pochodzą głównie z czasów dynastii Ming, kiedy w XIV wieku rozbudowano wcześniejsze umocnienia. Cały obwód murów wynosi około 13,7 kilometra, ich wysokość sięga mniej więcej 12 metrów, a szerokość u podstawy to około 15–18 metrów. Na górze znajduje się szeroka droga, po której można spacerować, ale też wypożyczyć rower i objechać całe stare miasto.


Oczywiście znalezienie rowerów nie mogło być zbyt proste. Nie stały przy samym wejściu, jak można by się spodziewać, tylko trzeba było przejść jeszcze kilkaset metrów. Kiedy w końcu je znaleźliśmy, pojawił się kolejny standardowy problem, czyli płatność przez Alipay, z którą coś mi nie działało. Po kilku próbach udało się jednak wszystko załatwić i mogliśmy ruszyć na trasę.
Jazda rowerem po murach to całkiem oryginalny sposób na zwiedzanie miasta. Z jednej strony można podziwiać same fortyfikacje, ich grube mury, wieże i bramy, a z drugiej obserwować miasto z nieco innej perspektywy. Nie były to może spektakularne widoki, ale sam pomysł przejechania się rowerem po murach jest ciekawym doświadczeniem. Przejechaliśmy nieco ponad połowę trasy i zdecydowaliśmy się zejść w innej części miasta.

Stamtąd taksówką pojechaliśmy do Wielkiego Meczetu w Xi’an, czyli Great Mosque. To jedno z ciekawszych i bardziej nietypowych miejsc w mieście, szczególnie jeśli spojrzeć na nie w kontekście chińskiej kultury. Islam jest w Chinach religią mniejszościową, a muzułmanie stanowią około 1–2% ludności kraju, zależnie od przyjętych szacunków i definicji. W samym Xi’an obecność muzułmanów ma jednak długą historię, związaną między innymi z dawnymi szlakami handlowymi łączącymi Chiny z Azją Centralną i Bliskim Wschodem.
Najbardziej zaskakuje wygląd samego kompleksu. Zamiast typowej architektury znanej z meczetów w krajach arabskich czy Turcji mamy tutaj budowle przypominające tradycyjne chińskie świątynie, z charakterystycznymi dachami, drewnianymi pawilonami i dziedzińcami. Kompleks łączy więc funkcję religijną z chińską estetyką architektoniczną. Nie mogliśmy wejść do samego miejsca modlitwy, więc zwiedziliśmy dostępne części terenu, spacerując po ogrodach i kolejnych dziedzińcach. Zobaczyliśmy też wieżę, która z zewnątrz może przypominać minaret, choć również nawiązuje do tradycyjnej architektury chińskiej.


Kolejnym punktem była Wieża Bębnów, czyli Drum Tower, do której dotarliśmy pieszo. Wstęp kosztował równowartość około 17 złotych, więc zdecydowaliśmy się wejść do środka. Wieża pochodzi z 1380 roku, z czasów dynastii Ming, i pierwotnie pełniła funkcję miejskiego zegara. Wraz z pobliską Dzwonnicą tworzyła system informowania mieszkańców o porze dnia — dzwony oznajmiały początek dnia, a bębny jego koniec. Dziś we wnętrzu można zobaczyć między innymi kolekcję bębnów, w tym zestaw nawiązujący do tradycyjnego chińskiego kalendarza. Przyznam jednak, że sama wystawa nie zrobiła na nas szczególnego wrażenia. Najciekawsza była możliwość wejścia na górny poziom i wyjścia na taras biegnący wokół wieży, skąd można zobaczyć fragmenty okolicznego miasta i pobliskie ulice.


Następnie przeszliśmy w kierunku Dzwonnicy, czyli Bell Tower, która znajduje się niedaleko. Niestety, ze względu na remont nie można było wejść do jej wnętrza, więc pozostało obejście jej dookoła i obejrzenie budowli z zewnątrz. Przemek zdecydował się na krótki spacer wokół wieży, a ja w tym czasie postanowiłem zająć się sprawą, która od pewnego czasu zaczynała być coraz bardziej pilna — zakupem nowej walizki.
Moja dotychczasowa walizka była już wypełniona po brzegi, mimo że nie należała do największych. A przecież wciąż miałem w planach kupić jeszcze kilka rzeczy w Chinach. Miałem też zapas kilku kilogramów w limicie bagażowym.
Pojechałem więc do wskazanego wcześniej przez ChatGPT centrum handlowego, które miało być miejscem z dużym wyborem walizek. Na miejscu okazało się jednak, że określenie „centrum handlowe” było nieco na wyrost. Zamiast ogromnego kompleksu pełnego sklepów znalazłem raptem kilka punktów sprzedających walizki. Nie była to więc żadna walizkowa mekka, jakiej się spodziewałem, ale na szczęście miałem już upatrzony model, który mi odpowiadał. Kiedy udało mi się go znaleźć, rozpocząłem negocjacje cenowe. W Chinach targowanie się w takich miejscach jest czymś zupełnie naturalnym, więc nie zamierzałem po prostu zaakceptować pierwszej zaproponowanej kwoty. Sprzedawczyni włączyła aplikację tłumaczącą rozmowę z angielskiego na chiński i odwrotnie. Działała zaskakująco sprawnie — tłumaczenie odbywało się niemal na bieżąco, dzięki czemu mogliśmy rozmawiać praktycznie normalnie, bez ciągłego wpisywania zdań w telefonie i pokazywania sobie ekranu. Udało nam się nawet pożartować i zamienić kilka zdań na zasadzie zwykłego small talku. W końcu uzgodniliśmy cenę, z której byłem całkiem zadowolony, i mogłem wracać z nowym nabytkiem.

Do hotelu dotarłem chwilę przed 12:30. Przepakowałem rzeczy ze starej walizki do nowej, upewniłem się, że wszystko się mieści, i ruszyliśmy na metro. Naszym celem był Xi’an North Railway Station, czyli północny dworzec kolejowy, z którego odjeżdżają szybkie pociągi do wielu chińskich miast. Już samo dotarcie do właściwego miejsca na dworcu okazało się małą wyprawą. Dworzec jest olbrzymi, a jego główna hala przypomina bardziej terminal lotniczy niż tradycyjną stację kolejową. Najpierw musieliśmy odnaleźć nasz pociąg na elektronicznych tablicach, a potem pokonać jeszcze spory dystans do odpowiedniego wejścia. I rzeczywiście, liczba wejść do poszczególnych stref odjazdowych była imponująca. Dworzec ma aż 34 perony, co dobrze pokazuje skalę całego przedsięwzięcia.

Odległości są tutaj naprawdę duże. Od wyjścia z metra, przez przejścia, schody ruchome i kolejne hale, aż do właściwych bramek trzeba przejść kawał drogi. Pasażerowie powinni być przy nich około 15 minut przed odjazdem, więc mimo że przyjechaliśmy z odpowiednim zapasem, czasu na obiad zostało nam już niewiele. W tej sytuacji ponownie padło na McDonald’s. Nie dlatego, że szczególnie mieliśmy ochotę na fast food, ale dlatego, że to jedno z niewielu miejsc, w których możemy szybko zrozumieć menu, zamówić coś bez większych komplikacji i sprawnie dostać jedzenie. W Chinach, gdzie komunikacja językowa bywa wyzwaniem, taka przewidywalność jest czasami na wagę złota. Zjedliśmy więc niemal w biegu i ruszyliśmy do naszych bramek.
Sama organizacja wejścia do pociągu przebiegła już sprawnie. Kontrola bezpieczeństwa odbywa się przy wejściu do dworca, a później, bezpośrednio przy bramkach prowadzących na peron, sprawdzane są dokumenty podróżnych. W naszym przypadku wystarczyło okazać paszporty zamiast tradycyjnych biletów. Po chwili byliśmy już na właściwym peronie i mogliśmy czekać na odjazd.
Tym razem czekała nas podróż jednym z najszybszych pociągów w Chinach. Przez znaczną część trasy jechaliśmy z prędkością 350 km/h, co było naszym dotychczasowym rekordem w tym kraju i prawdopodobnie również rekordem życiowym. W Japonii również korzystałem z szybkich kolei, ale z tego, co pamiętam, nie osiągaliśmy takich prędkości. Najciekawsze jest to, że podczas jazdy właściwie nie odczuwa się, jak szybko się przemieszczamy. Pociąg jedzie bardzo płynnie, tory są odpowiednio przygotowane do takich prędkości, a wewnątrz nie ma większych drgań czy szarpnięć. Gdyby nie informacje na wyświetlaczu, trudno byłoby uwierzyć, że przemieszczamy się z prędkością, która jeszcze niedawno kojarzyła się raczej z samolotem niż z transportem kolejowym.
Podróż zajęła nam nieco ponad cztery godziny, a pokonaliśmy dystans, który samochodem wynosi około 1100 kilometrów. To kolejny raz, kiedy chińska infrastruktura robi na nas ogromne wrażenie. Sieć szybkich kolei jest rozbudowana, pociągi są wygodne, a cały system działa sprawnie i jest dobrze zorganizowany.

Ok. 18:30 dotarliśmy do dworca w Pekinie. Stamtąd przeszliśmy do metra, zaliczyliśmy jedną przesiadkę i po około godzinie dotarliśmy do naszej stacji docelowej. Pozostało jeszcze mniej więcej 15 minut spaceru do hotelu.
Okolica naszego noclegu nie należy do szczególnie atrakcyjnych turystycznie. To zwyczajna, mieszkalna część miasta, bez spektakularnych zabytków czy eleganckich ulic. Z drugiej strony, około kilometra od hotelu znajduje się już znacznie ciekawsza okolica — historyczna dzielnica wokół jeziora Houhai, należącego do kompleksu jezior Shichahai. To właśnie tam postanowiliśmy wybrać się wieczorem na jedzenie. Houhai słynie z nabrzeżnych restauracji, barów i knajpek, które po zmroku przyciągają zarówno turystów, jak i mieszkańców Pekinu. Wąskie uliczki, tradycyjna zabudowa typu hutong, światła odbijające się w wodzie i sporo ludzi spacerujących wzdłuż jeziora tworzą zupełnie inny klimat niż w okolicy naszego hotelu. Jednym z charakterystycznych punktów jest również Yinding Bridge, czyli Srebrny Mostek, stary kamienny most łączący okolice dwóch jezior.


Discover more from Piotrkowe Wyprawy
Subscribe to get the latest posts sent to your email.
Cieszę się ,że tak duzo zobaczyliście. Ciekawa jestem samego Pekinu.