Dzisiaj wstaliśmy standardowo około ósmej i zeszliśmy na śniadanie. O dziwo było całkiem niezłe. Oczywiście nie było to nic wybitnego, raczej takie średnie śniadanie, ale jak na dotychczasowe warunki mogliśmy być zadowoleni. Było sporo warzyw.
Po dziewiątej złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy pod plac Tiananmen, przed którym mieliśmy rozpocząć zwiedzanie jednego z najważniejszych miejsc w całych Chinach – Zakazanego Miasta, czyli dawnego cesarskiego pałacu w Pekinie.
Tiananmen to ogromny plac położony w samym sercu chińskiej stolicy, przed południową bramą dawnego kompleksu cesarskiego. Jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Chinach, kojarzonym przede wszystkim z oficjalnymi uroczystościami państwowymi i polityczną potęgą Komunistycznej Partii Chin. Ma jednak również znacznie mroczniejszą historię. W 1989 roku odbywały się tutaj i w okolicznych częściach Pekinu masowe protesty, w których uczestniczyli przede wszystkim studenci domagający się reform politycznych, większej wolności i walki z korupcją. W nocy z 3 na 4 czerwca władze skierowały wojsko do brutalnego stłumienia demonstracji. Żołnierze używali ostrej amunicji, a na ulicach Pekinu zginęli cywile i demonstranci. Dokładna liczba ofiar do dziś pozostaje nieznana. Współczesne Chiny konsekwentnie cenzurują informacje o tych wydarzeniach, a publiczne upamiętnianie masakry jest zakazane lub tłumione. Temat praktycznie nie istnieje w oficjalnej narracji historycznej, a wyszukiwanie informacji na ten temat w chińskim internecie podlega ograniczeniom.
Samo Zakazane Miasto to z kolei zupełnie inny wymiar chińskiej historii. Kompleks powstał na początku XV wieku, za panowania cesarza Yongle z dynastii Ming. Budowę rozpoczęto w 1406 roku, a zakończono w 1420 roku. Przez niemal pięć stuleci, aż do upadku cesarstwa w 1912 roku, było to centrum władzy kolejnych cesarzy z dynastii Ming i Qing. Ogromny kompleks zajmuje około 72 hektarów i obejmuje setki budynków, dziedzińców, bram oraz pawilonów. Tradycyjnie podaje się, że znajduje się w nim 9999 i pół pomieszczenia, choć jest to symboliczna liczba, a nie dosłowny wynik inwentaryzacji. Nazwa Zakazane Miasto wzięła się stąd, że przez wieki zwykli ludzie nie mieli do niego swobodnego dostępu. Była to odizolowana przestrzeń cesarza, jego rodziny, dworzan i urzędników. Dziś jest to jedna z najważniejszych atrakcji Pekinu, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, pozwalająca zobaczyć monumentalną architekturę cesarskich Chin i wyobrazić sobie, jak funkcjonowało dawne centrum imperium. Miejsce to jest odwiedzane dziennie przez nawet 50 tysięcy osób.
Tyle teorii, a w praktyce dzień od samego początku zaczął się robić naprawdę męczący. Od jakiegoś czasu mamy już Chin po dziurki w nosie. Nie chodzi nawet wyłącznie o tłumy ludzi, które spotyka się dosłownie wszędzie, ale przede wszystkim o sposób organizacji atrakcji turystycznych i codzienne funkcjonowanie w tym kraju. Wszystko wydaje się niepotrzebnie skomplikowane, nieintuicyjne i trudne do ogarnięcia, zwłaszcza gdy nie zna się języka. Do tego dochodzi wszechobecna chińszczyzna na znakach, tablicach i oznaczeniach, a informacji po angielsku jest jak na lekarstwo.
Od rana padał deszcz, dokładnie tak, jak zapowiadała prognoza. Temperatura wynosiła około 16 stopni, więc było dość chłodno, szaro i nieprzyjemnie. Planów zmienić nie mogliśmy, bo rezerwacje robi się 2 tygodnie wcześniej.
Przed rozpoczęciem właściwego zwiedzania kupiliśmy sobie gumowe ochraniacze na buty, pamiętając wcześniejsze doświadczenia z przemoczonym obuwiem. Dokupiliśmy też nieco lepsze płaszcze przeciwdeszczowe, a parasolki zabraliśmy z hotelu. Byliśmy więc przygotowani na taki dzien najlepiej, jak się dało.
Niestety, prawdziwa przygoda zaczęła się zaraz po opuszczeniu taksówki. Nie było do końca jasne, w którą stronę powinniśmy iść, a ustalenie właściwej trasy na mapie wcale nie było takie proste. W końcu obraliśmy jakiś kierunek i stanęliśmy w kolejce, w której wszyscy stali pod parasolami albo w płaszczach przeciwdeszczowych. Przeszliśmy pierwszą kontrolę, sprawdzono nam paszporty i ruszyliśmy dalej. Potem było przejście podziemne, następna kolejka i kolejna kontrola, przy której Chińczycy pokazywali swoje dowody osobiste.

I tak w kółko. Kolejka, paszporty, przejście, kolejka, kolejna kontrola. Łącznie mieliśmy ich chyba cztery, zanim dotarliśmy w okolice samego placu. Co najlepsze, mimo że wcale nie było aż tak dużo ludzi, musieliśmy najpierw przejść kilkaset metrów w jedną stronę, potem zawrócić, przejść na drugą stronę ulicy i znowu kierować się w przeciwnym kierunku. Wszystko było tak zorganizowane, że człowiek miał wrażenie, jakby ktoś celowo chciał utrudnić mu dotarcie do celu.
Przy kolejnej kontroli zaczęło się już prawdziwe przeszukiwanie. Sprawdzanie plecaka, zaglądanie do kieszeni i kontrola dokładniejsza niż niejedna, którą pamiętamy z lotnisk. W końcu udało się przejść dalej, ale po wyjściu z kontroli znów musieliśmy zorientować się, w którą stronę właściwie iść, żeby dotrzeć na plac Tiananmen.
Gdy wreszcie tam dotarliśmy, nie było już nawet specjalnej ochoty na podziwianie okolicy. Przeszliśmy przez plac, robiąc zdjęcia właściwie w biegu. Deszcz padał coraz mocniej, pogoda była fatalna, a szare niebo i tłumy ludzi nie pomagały w skupieniu się na czymkolwiek. Najgorsze było jednak to, że od chwili wysiadania z taksówki do przejścia ostatniej z tych kontroli minęły około dwie godziny. Dwie godziny, żeby po prostu dostać się do miejsca, które mieliśmy zwiedzać, pomimo że byliśmy tuż obok!

A przecież wiedzieliśmy, że czeka nas jeszcze wejście do Zakazanego Miasta. Zgodnie z informacją w potwierdzeniu rezerwacji bilety mieliśmy odebrać przed godziną dwunastą. Kiedy spojrzeliśmy na oznaczenia, okazało się, że do kas biletowych jest jeszcze około półtora kilometra, a do południa zostało mniej więcej pół godziny. Teoretycznie nie było szans, żeby zdążyć. Zaczęliśmy już godzić się z myślą, że mimo rezerwacji, wcześniejszego planowania i dwóch godzin spędzonych na kontrolach nie uda nam się wejść do najważniejszej atrakcji dnia.
Ruszyliśmy więc w stronę pałacu, próbując znaleźć właściwe przejście. Po drodze kolejne podziemne przejścia, kolejne barierki i kolejki ciągnące się w różnych kierunkach. Weszliśmy w jedno z wejść, ale szybko okazało się, że to nie tam, gdzie powinniśmy iść, więc trzeba było zawrócić. Następnie trafiliśmy na kolejną kontrolę bezpieczeństwa, chyba już piątą tego dnia, a potem ruszyliśmy biegiem w kierunku kas, żeby odebrać bilety. Znowu trzeba było pokazać paszporty. Na szczęście w samych kasach nie było kolejki. Dosłownie za minutę dwunasta udało nam się odebrać bilety. Jakimś sposobem pokonaliśmy ten dystans szybciej, niż się spodziewaliśmy, być może idąc na skróty. Odetchnęliśmy, ale tylko na chwilę, bo nadal nie wiedzieliśmy, czy samo odebranie biletów wystarczy, czy musimy jeszcze zdążyć wejść na teren kompleksu przed określoną godziną.
Oczywiście czekała nas kolejna kontrola. Znowu było kilkaset metrów marszu i sprawdzanie paszportów. W Chinach bilety do Zakazanego Miasta są powiązane z dokumentem tożsamości, więc paszporty wyciągaliśmy tego dnia chyba z dziesięć razy. W końcu jednak przeszliśmy ostatnią kolejkę, kontrolę bezpieczeństwa i znaleźliśmy się na terenie pałacu. Uff! Byliśmy już mocno zestresowani i zirytowani, bo od przyjazdu taksówką minęły grubo ponad dwie godziny, a zwiedzanie nawet się jeszcze nie rozpoczęło.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy w deszczu, wśród kolejnych tłumów Chińczyków. Niestety, nasze dotychczasowe doświadczenia z podróży po tym kraju sprawiły, że nie mamy już o nich najlepszego zdania. Na zatłoczonych atrakcjach wielokrotnie spotykaliśmy się z zachowaniami, które potrafiły skutecznie zepsuć przyjemność ze zwiedzania. Ludzie przepychają się, idą całą szerokością przejścia, zatrzymują się na samym środku wejścia, szturchają innych i zupełnie nie zwracają uwagi na to, czy komuś utrudniają poruszanie się. W Zakazanym Mieście było podobnie. Zamiast spokojnie podziwiać zabytki, trzeba było cały czas uważać na otoczenie i przeciskać się przez kolejne grupy turystów.
Na domiar złego przydarzyła nam się jeszcze jedna nieprzyjemna sytuacja. Przemek, będąc w toalecie, został przypadkowo podcięty przez jakiegoś Chińczyka, który się przewracał. W efekcie Przemek się przewrócił i rozciął sobie nieco palce i musieliśmy poszukać punktu medycznego, żeby zdezynfekować rany i przykleić plaster. Całe szczęście nic poważnego się nie stało, ale była to kolejna przerwa w zwiedzaniu, którego organizacja i tak od początku przypominała walkę z przeciwnościami losu.
Przy okazji wizyty w punkcie medycznym trafiliśmy w okolice galerii skarbów, znanej jako Treasure Gallery, czyli Galeria Skarbów Cesarskich. Znajduje się ona w północno-wschodniej części Zakazanego Miasta, na terenie dawnego Pałacu Spokojnej Długowieczności. Można tam zobaczyć rozmaite cesarskie kosztowności, ozdoby, przedmioty ceremonialne i kunsztownie wykonane dzieła sztuki użytkowej. Niektóre eksponaty naprawdę robiły wrażenie. Było mnóstwo misternych zdobień, precyzyjnie wykonanych detali i przedmiotów, przy których można było zastanawiać się, ile pracy musiało kosztować ich stworzenie. Trudno nam było ocenić, które elementy wykonano z litego złota, a które jedynie pozłocono, ale niewątpliwie mieliśmy do czynienia z przedmiotami o ogromnej wartości historycznej i artystycznej.



Problem polegał na tym, że po obejrzeniu galerii znaleźliśmy się praktycznie na końcu całego kompleksu, a chcieliśmy jeszcze zobaczyć najważniejsze budynki cesarskiego pałacu. Trzeba więc było zawrócić i przejść z powrotem w stronę jego centralnej części.

Dopiero wtedy zaczęliśmy oglądać monumentalne pawilony, które są najbardziej charakterystycznym elementem Zakazanego Miasta. Szczególnie wyróżniają się trzy główne hale ceremonialne: Hall of Supreme Harmony, czyli Sala Najwyższej Harmonii, Hall of Central Harmony oraz Hall of Preserving Harmony. To właśnie tutaj odbywały się najważniejsze uroczystości państwowe, ceremonie dworskie i wydarzenia związane z funkcjonowaniem cesarstwa. W największej z nich, Sali Najwyższej Harmonii, cesarz zasiadał na tronie podczas szczególnie ważnych uroczystości. Budynki wzniesiono na wysokich kamiennych tarasach, a ich dachy pokryto charakterystycznymi żółtymi dachówkami, które symbolizowały cesarski status.


Dla nas trochę dziwny był jednak koncept tego miejsca. Przez cały kompleks ciągnęły się kolejne budynki, z których wiele pełniło funkcję reprezentacyjnych sal z tronami. Można było odnieść wrażenie, że ogląda się kolejne warianty tej samej przestrzeni. Oczywiście każdy z tych pawilonów miał własną funkcję i znaczenie w cesarskim ceremoniale, ale podczas zwiedzania trudno było to wszystko rozróżnić, zwłaszcza że do wnętrz nie można było normalnie wejść. Pozostawało zaglądanie przez otwarte okna i podziwianie wyposażenia z zewnątrz. Do tego środku panował półmrok. Nie było dodatkowego oświetlenia, a przy takiej pogodzie światła dziennego docierało niewiele. W efekcie czasami trudno było dostrzec szczegóły wyposażenia, które przecież powinny być jedną z głównych atrakcji. Na zewnątrz szaro, deszcz, mokre dziedzińce, a dookoła tłumy. Całość robiła więc znacznie mniejsze wrażenie, niż mogłaby przy lepszej pogodzie i w spokojniejszych warunkach. Do tego byliśmy coraz bardziej przemoczeni.

Po jakimś czasie byliśmy już mocno zmarznięci i zgłodnieliśmy na tyle, że postanowiliśmy zrobić sobie przerwę. Znaleźliśmy restauracyjkę na terenie kompleksu, co samo w sobie było miłym zaskoczeniem, bo menu było dostępne również po angielsku. Zamówiliśmy coś prostego, ale jedzenie okazało się naprawdę smaczne. Nawet deser pozytywnie nas zaskoczył. Wreszcie mogliśmy usiąść, ogrzać się, trochę wyschnąć i odpocząć od deszczu oraz tłumów. Była to chyba jedna z przyjemniejszych części całego dnia, bo po raz pierwszy od rana nie musieliśmy nigdzie biec ani zastanawiać się, w którą stronę iść.
Po posiłku ruszyliśmy dalej. Jednym z ostatnich punktów naszej trasy była Galeria Zegarów, czyli Hall of Clocks, mieszcząca się w historycznej części kompleksu związanej z kultem przodków cesarskich. To jedna z ciekawszych kolekcji w całym muzeum. Zgromadzono tam niezwykłe zegary pochodzące zarówno z Chin, jak i z Europy, między innymi z Anglii, Francji i Szwajcarii. Szczególnie interesujące są mechaniczne konstrukcje wykonane dla chińskiego dworu, często przybierające formę miniaturowych pałaców, wież, zwierząt czy rozbudowanych scen z poruszającymi się figurkami. Zegary te nie były wyłącznie urządzeniami do mierzenia czasu. Stanowiły również kosztowne przedmioty reprezentacyjne, świadczące o technologicznym kunszcie i bogactwie ich twórców. Europejskie zegary trafiały na dwór cesarski między innymi jako prezenty dyplomatyczne i przedmioty handlu, a chińscy rzemieślnicy również rozwijali własne rozwiązania. Wiele eksponatów zachwyca detalami, zdobieniami i pomysłowością mechanizmów. To zdecydowanie miejsce, które warto odwiedzić, nawet jeśli ktoś nie jest szczególnym miłośnikiem zegarmistrzostwa. W naszym przypadku była to jedna z ciekawszych części całego zwiedzania. Natomiast, aby się tam dostać znowu musieliśmy kupić dodatkowy bilet za 7zł, pokazać paszporty, a potem raz jeszcze na bramkach wejściowych. Dramat…


Na koniec skierowaliśmy się do Imperial Garden, czyli Ogrodu Cesarskiego, położonego w północnej części Zakazanego Miasta. W porównaniu z ogromnymi dziedzińcami i reprezentacyjnymi pawilonami ogród jest bardziej kameralny. Znajdują się w nim stare drzewa, ozdobne skały, pawilony i niewielkie przestrzenie zaprojektowane z myślą o odpoczynku cesarskiej rodziny. To przykład tradycyjnego chińskiego ogrodu, w którym przyroda, architektura i symbolika miały tworzyć harmonijną całość. Niestety, przy naszej pogodzie trudno było w pełni docenić jego urok.

Następnie wyszliśmy północną bramą kompleksu, znaną jako Gate of Divine Prowess, czyli Brama Boskiej Potęgi. To właśnie ona stanowi główne północne wyjście z Zakazanego Miasta. Po opuszczeniu terenu pałacu czekał nas jeszcze jeden drobny problem logistyczny. Od ulicy oddzielały nas barierki, więc nie mogliśmy po prostu wyjść i złapać taksówki. Musieliśmy przejść jeszcze kilkaset metrów, zanim znaleźliśmy odpowiednie miejsce, w którym kierowca mógł nas zabrać.

W końcu udało się zamówić taksówkę i wróciliśmy do hotelu. Na miejscu mogliśmy wreszcie ogrzać się, przebrać w suche rzeczy i odpocząć po całym dniu. Mimo że samo Zakazane Miasto jest bez wątpienia jednym z najważniejszych zabytków Pekinu, sposób, w jaki przebiegało dzisiejsze zwiedzanie, mocno wpłynął na nasze wrażenia. Trudno zachwycać się historią i architekturą, kiedy człowiek jest przemoczony, zmarznięty, głodny i przez większość czasu walczy z tłumem albo próbuje zrozumieć, jak działa kolejny system kontroli.
Wieczorem postanowiliśmy jeszcze wybrać się do galerii handlowych, przy czym każdy z nas udał się do innej. Ja miałem konkretny cel: supermarket i zakupy lokalnych produktów, które chciałem zabrać ze sobą do Polski.
Same zakupy okazały się jednak kolejną przygodą. Po zebraniu wszystkich produktów zacząłem szukać kasy z kasjerka. Kilka osób stało już w kolejce i wyglądało na to, że trochę sobie poczekam. Stwierdziłem więc, że skorzystam z kas samoobsługowych. W ciągu dwóch, może trzech minut zeskanowałem wszystkie produkty. Oczywiście cały panel był po chińsku, ale mniej więcej udało mi się odgadnąć, co trzeba nacisnąć, więc na tym etapie wszystko szło całkiem sprawnie. Problemy zaczęły się dopiero przy płatności. Poprosiłem kogoś z obsługi o pomoc, oczywiście jak zwykle na migi, pokazując, że chcę zapłacić i że mam WeChata. Pracownik podszedł i zaczął mi pomagać, ale kiedy uruchomiłem płatność, zaczęła ładować się jakaś dodatkowa aplikacja, jakby aplikacja w aplikacji. Wszystko było po chińsku, więc niewiele rozumiałem. Coś tam poklikałem i zorientowałem się, że system oczekuje SMS-a z kodem weryfikacyjnym na mój polski numer telefonu. Na wpisanie kodu była minuta, ale minuta minęła, a SMS nie przyszedł. Poprosiłem więc pracownika o pomoc jeszcze raz. Tym razem wspólnie przyglądaliśmy się telefonowi, czekając na wiadomość, ale nadal nic się nie działo. Żadnego SMS-a. W międzyczasie pracownik udostępnił mi nawet internet, bo uznał, że być może nie mam zasięgu. Problem jednak nie leżał w połączeniu z siecią.
W końcu zaproponował, żeby spróbować zapłacić przez Alipay. Ta aplikacja działała mi już od kilku dni i udało mi się ją wcześniej skonfigurować, więc miałem nadzieję, że tym razem pójdzie gładko. Nic z tego. Ponownie uruchomiła się jakaś dodatkowa podaplikacja, prawdopodobnie związana z systemem płatniczym sklepu, i ponownie pojawiło się oczekiwanie na SMS z kodem. Wiadomość oczywiście nie dotarła. Ostatecznie po około piętnastu minutach walki z systemem musiałem zrezygnować. Zapakowałem wszystkie zakupy z powrotem do koszyka, ustawiłem się w tradycyjnej kolejce i odczekałem kolejne dziesięć minut. Dopiero przy zwykłej kasie, obsługiwanej przez kasjerkę, udało mi się bez problemu zapłacić za pomocą WeChata.
Cała ta sytuacja dobrze podsumowuje nasze doświadczenia z chińskimi systemami płatności. Praktycznie każdego dnia trafiamy na jakieś problemy: coś się nie ładuje, wymaga dodatkowej weryfikacji, nie działa tak, jak powinno, albo zajmuje znacznie więcej czasu, niż zakładaliśmy. Być może dla miejscowych większość tych procesów przebiega sprawniej, bo korzystają z chińskich numerów telefonów, lokalnych kart i mają wszystko skonfigurowane zgodnie z wymaganiami poszczególnych usług. My natomiast korzystamy z aplikacji z podpiętymi polskimi kartami, co najwyraźniej czasami uruchamia dodatkowe zabezpieczenia lub procedury weryfikacyjne. Nie wiem, czy właśnie to było przyczyną dzisiejszych problemów, ale podejrzewam, że może mieć to znaczenie.
Co ciekawe, tuż przede mną zakupy robiła grupa Chińczyków i zauważyłem, że jeden z nich również musiał przejść jakąś dodatkową weryfikację. Zdjął okulary, wyciągnął telefon i zrobił sobie zdjęcie, najwyraźniej na potrzeby systemu. Nie wiem dokładnie, czego dotyczyła ta procedura, ale wyglądało na to, że dodatkowe zabezpieczenia mogą obejmować również miejscowych, a nie tylko zagranicznych turystów.
Z naszej perspektywy całość jest po prostu bardzo nieefektywna i irytująca. I nie jest to odosobniony przypadek, bo podobne sytuacje zdarzają się nam przy różnych okazjach, niemal codziennie. W rezultacie za każdym razem, kiedy mamy coś kupić albo za coś zapłacić, zaczynamy się zastanawiać, czy znowu nie pojawi się jakiś problem. Transakcje staramy się ograniczać do minimum.
Dobranoc.
Discover more from Piotrkowe Wyprawy
Subscribe to get the latest posts sent to your email.
Szkoda ,że takie przykre doświadczenia z tymi systemami kontroli i płatnościami macie tam ciągle. To na pewno utrudnia i zniechęca do Chin.
ja mam takie same ochraniacze przeciwdeszczowe na buty. Oczywiście skąd… z chińskiego Temu.